Rower przeżywa w Polsce swój najlepszy okres od lat. Gravel, bikepacking, weekendowe wypady za miasto - coraz więcej osób odkrywa, że wakacje spędzone na rowerze są naprawdę fajne. Do tego mamy dziś narzędzia, o jakich rowerzyści dekadę temu mogli tylko marzyć: aplikacje z mapami całego świata, liczniki nawigujące zakręt po zakręcie, serwisy pokazujące profil wysokości każdej drogi, prognozy pogody co do godziny.
Ale wchodząc głębiej w ten temat, zauważymy że jest w tym wszystkim pewien paradoks. Mając te wszystkie cyfrowe cuda pod ręką, wciąż potrafimy spędzić kilka wieczorów nad zaplanowaniem jednego, kilkudniowego wyjazdu. Otwieramy kolejne karty w przeglądarce, przeskakujemy między aplikacjami, sprawdzamy jedno, weryfikujemy, otwieramy w innej aplikacji, potem wracamy z powrotem do pierwszej. Zamiast cieszyć się myślą o wyjeździe, grzęźniemy w logistyce. Coś, co miało być dla nas przyjemnością, zamienia się w ciężką pracę, jaką musimy wykonać wcześniej.
Chaos w planowaniu rowerowych wyjazdów nie bierze się z braku narzędzi. Paradoksalnie - przyczyna jest odwrotna - narzędzi jest za dużo, a każde odpowiada tylko na wycinek tego, o co naprawdę pytamy. A im więcej aplikacji powstaje, tym trudniej, nie łatwiej.
Zacznijmy od tego, jak to wygląda w praktyce, bo to najlepiej pokazuje skalę problemu. Planując trasy, przez lata otwieraliśmy w tym samym czasie Komoota, Mapy.com i RideWithGPS. Robiliśmy to tylko dlatego, że każda z tych aplikacji miała coś, czego nie miały pozostałe.
Komoot najlepiej pokazywał nawierzchnię i miał zdjęcia od społeczności - to był realny podgląd, jak wygląda droga. Mapy.com miały najlepszą warstwę oznaczonych tras rowerowych. RideWithGPS dawał podgląd trasy w Google Street View, co przy nieznanym terenie potrafiło uratować cały dzień jazdy. Każda z nich była w czymś najlepsza, ale żadna nie była najlepsza we wszystkim. Więc się je zestawiało, przełączało między nimi, sprawdzało krzyżowo, bo żadnej pojedynczej nie dało się w pełni zaufać.
Można by pomyśleć, że to kwestia czasu i prędzej czy później powstanie jedna aplikacja, która połączy wszystko. Problem w tym, że nie leży on w technologii, tylko w modelu biznesowym każdej korporacji, która dostarcza te narzędzia nam, użytkownikom. Każda duża platforma nawigacyjna zarabia na tym, że użytkownik zostaje w jej ekosystemie. Integrowanie danych z konkurencyjnym serwisem najczęściej się po prostu nikomu się nie opłaca. Dlatego każda aplikacja działa w obrębie swojego ekosystemu i żadna nie próbuje wyjść poza niego.
Jest jeszcze jeden element, który potrafi wywrócić najlepiej zaplanowany wyjazd, a którego z samej mapy nie da się przewidzieć: nawierzchnia. To samo oznaczenie „droga gminna” w jednym regionie znaczy gładki asfalt, a w innym wymagający szuter, który po kilkudziesięciu kilometrach zamienia jazdę w mękę. W Polsce doskonałym przykładem są Kaszuby i Mazury, które potrafią zaskoczyć nawet doświadczonych rowerzystów. Szuter, który tam znajdziecie nie zawsze jest "premium", a częściej będziecie go przeklinać, niż się nim zachwycać. I tego nie sprawdzisz w żadnej aplikacji. Tego trzeba się dowiedzieć wcześniej - albo od kogoś, kto tamtędy jechał, albo mozolnie składając obraz z kilku źródeł naraz. A to znowu oznacza kolejne otwarte karty w przeglądarce i kolejne godziny spędzone przed komputerem.
Gdy zsumujmy to wszystko, odpowiedź robi się niepokojąca. Okazuje się, że porządne zaplanowanie kilkudniowego wyjazdu to nie jest kwestia jednego wieczoru - to kilka dni pracy rozłożonych w czasie, bo każda aplikacja wymaga innego rodzaju sprawdzania i każda daje inny kawałek układanki. Przy dłuższym, przemyślanym wyjeździe, z konkretnymi miejscami po drodze, czas rośnie proporcjonalnie do wielkości planu.
To czas, który w założeniu miał być odpoczynkiem od pracy, a w praktyce staje się poniekąd przedłużeniem - tylko bez wynagrodzenia i z dodatkowym niepokojem, czy na pewno niczego się nie przeoczyło. Zwłaszcza że jest jeszcze jedna rzecz, której żadna aplikacja nie zastąpi: wiedza o tym, która droga naprawdę jest przyjemna do jechania, nie mieści się w żadnej bazie danych. To zdobywa się kołami, nie satelitą. Naszym zdaniem człowiek, który tamtędy przejechał, zawsze będzie na pierwszym miejscu - przed każdym algorytmem.
Wróćmy do paradoksu z początku. Skoro problemem jest rozproszenie, to rozwiązaniem nie jest kolejna aplikacja - tylko jedno miejsce, w którym najżmudniejsza część pracy jest już wykonana.
Przez ostatnie lata spędziliśmy mnóstwo czasu na szukaniu naprawdę dobrych dróg, stosując przedstawiony wyżej schemat. W końcu uznaliśmy, że zamiast dokładać kolejne narzędzie, warto dać ludziom trasy już gotowe - sprawdzone, opisane, z realną wiedzą o nawierzchni - a jednocześnie otwarte do modyfikacji pod siebie.
Tak powstały Rowerowe Kwiatki, nasza autorski system planowania wyjazdów rowerowych. Poza warstwą opisową i zdjęciową, dostajecie też interaktywną mapę z wszystkimi niezbędnymi informacjami do zaplanowania swojego wypadu, a każdą z proponowanych tras możecie otworzyć w naszym planerze tras rowerowych i dopasować do własnych nóg i własnej ciekawości.
Chaos wynika z nadmiaru aplikacji, które nie komunikują się ze sobą i dostarczają fragmentarycznych informacji, a także z braku spójnych danych o rzeczywistej nawierzchni tras.
Aplikacje często nie rozróżniają rzeczywistej jakości nawierzchni, np. "droga gminna" może oznaczać zarówno gładki asfalt, jak i trudny szuter, co widać na Kaszubach i Mazurach.
Rowerowe Kwiatki to autorski system planowania wyjazdów rowerowych, który oferuje gotowe, sprawdzone trasy z opisami i realną wiedzą o nawierzchni, otwarte do modyfikacji.
Zapisz się do newslettera Dwóch Rowerów — co miesiąc nowe pomysły na wyjazd.
Zero spamu. Możesz wypisać się jednym kliknięciem. Zapisując się, akceptujesz politykę prywatności.