Rozgwieżdżone niebo, które ledwo da się dostrzec przez mglistą pokrywę chmur, która nocą osiadła w Dolinie Soczy zapowiada pogodny dzień. Kolejny taki podczas tej podróży. Dzisiaj dobra pogoda się przyda. Przecież to najważniejszy i najtrudniejszy dzień naszej wyprawy. Uda się wjechać do góry? Powtarzasz od początku, że nic na siłę i jak się nie uda, to nic się stanie. Z drugiej strony wiesz, że ona tego bardzo chce. I zrobisz wszystko, by tam dotrzeć.
Spis treści
Przygotowania
- Kiedyś co roku jeździłam do Chorwacji na wakacje. Ale byłoby fajnie tam pojechać na rowerku.
- A ja nigdy nie byłem w Chorwacji. Fajnie byłoby ją poznać.
Ta rozmowa, którą odbyliśmy z Natalią mniej więcej rok temu, stała się fundamentem naszej podróży. Z każdym dniem, pomysł ten dojrzewał bardziej i klarował się w naszych głowach. Wsiąść na rower i jechać. Nic trudnego! Przecież robiłeś to już wiele razy. A może by tak wsiąść do samolotu i wrócić na rowerach? Ten pomysł pociągał bardziej. Z jednej strony logistycznie był prostszy, z drugiej - jak już wylecimy to nie będzie odwrotu. Trzeba będzie wrócić!
- Dokąd można dolecieć z Wrocławia do Chorwacji?
- Split.
- Trochę daleko.
- Zagrzeb.
- Nie zobaczymy wybrzeża.
- Zadar!
- O! Zadar jest się interesujący.
- Ile będziemy mieli do domu?
- Zaraz narysujemy i zobaczymy.
Pierwotna trasa zmieniana była wiele razy, dodając po drodze miejsca, które odwiedzić chcieliśmy i które zostały nam polecone. Nie wiedzieliśmy, czy to co zostało wykreślone na mapie okaże się najlepszym możliwym wyborem. Pewnie nie! Podzieliliśmy ślad na odcinki i ze spakowanymi w kartony rowerami ruszyliśmy na lotnisko.
Samolot gotowy do lotu
- A co będzie jak nam zniszczą roweru w transporcie?
- Jest taka możliwość, ale ilość folii bąbelkowej jaką udało mi się wcisnąć do kartonów musi pomóc. Nie ma innej opcji.
Zdanie bagażu i przejście kontroli bezpieczeństwa przebiegło nadspodziewanie szybko. Pierwszowrześniowy wieczór na wrocławskim lotnisku był bardzo spokojny, a na tablicy odlotów pozostało raptem kilka wierszy. W tym ten najważniejszy - nasz, do Zadaru. Lot nie miał być długi, raptem godzina dwadzieścia. Zdecydowanie więcej czasu niż w powietrzu, spędziliśmy na oczekiwaniu.
- Spróbuj się zdrzemnąć, bo nie wiadomo jak będzie w nocy.
Przylot mieliśmy zaplanowany na 22:50, więc wspólnie uznaliśmy, że nie ma większego sensu, by rezerwować jakikolwiek nocleg. Postanowiliśmy, że po przylocie złożymy rowery, zaczekamy do wschodu słońca i ruszymy. Z powrotem, do domu, w nasz Europe Tour.
Wyspa Pag
Nieco senni, po nocy na lotnisku, tuż przed 6:00 rano wyruszyliśmy w kierunku miasta. Jeszcze spokojne o poranku drogi nie zapowiadały tego, co będzie nam dane doświadczać już kilka godzin później. Teraz najważniejsze było znaleźć dobrą kawiarnię. Rozbudzająca kawa to było to, czego potrzebowaliśmy w tej chwili.
W samym Zadarze nie zabawiliśmy zbyt długo. Po objechaniu głównych uliczek, udaliśmy w kierunku wyspy Pag. Staramy się unikać głównej drogi, jadąc to wzdłuż wybrzeża, to ścieżką rowerową (która okazuje się jedyną której doświadczyliśmy w Chorwacji), to zbaczając na szutrowe ścieżki. W pewnym momencie docieramy do szlabanu, a strażnik stanowczym gestem ręką każe się zatrzymać.
- This is private beach. You need pay 5 euro.
Ale jak to?! Przecież tędy prowadzi droga do następnej miejscowości. To jak się mamy tam dostać? Nie traciliśmy jednak czasu na jałowe dyskusje, które i tak nie przyniosłyby żadnego skutku i wycofaliśmy się. Na domiar złego zaczęły się problemy techniczne. Natalii przednia torba opadała tak, że ocierała o koło. Przyczyną było najpewniej przeładowanie jej. Gdy ten problem udało się rozwiązać i już mieliśmy ruszać, spostrzegłem że tylnym kole mojego roweru jest za mało powietrza.
- No świetnie się zaczyna!
A przecież już z samego rana walczyłem z tarczą hamulcową, która się wygięła w transporcie i na tyle mocno ocierała o klocki, że trzeba było zmienić ich ustawienie. Sytuacje te zmęczyły i zdenerwowały jednocześnie. Na domiar złego kolejne kilometry te zmęczenie miały tylko potęgować. Nieprzespana noc i spory ruch samochodowy to nigdy nie jest dobre połączenie.
Droga do Pag, miejscowości na wyspie o tej samej nazwie była męczarnią. Setki, jeśli nie tysiące aut jadących w jedną i drugą stronę wymagały niezwykłej uwagi i czujności. Wydawało się, że to już koniec sezonu, ale ruch tego sobotniego popołudnia wydawał się temu zaprzeczać. Wiem, że w Pag jest opcja ominięcia głównej drogi, ale nie do końca legalna. W pewnym momencie alternatywnego odcinka jest wyrwa w ziemi, a na komoot czytamy komentarz: "da się objechać, choć to niebezpieczne".
Ryzykujemy jednak i jedziemy. Wyrwa, owszem jest, ale objazd nie wydaje się być niebezpieczny, choć zmusza nas po raz pierwszy do zejścia z roweru i wpychania. Lepsze to jednak, niż setki samochodów. Do Novalji, gdzie kończymy pierwszy dzień docieramy stosunkowo wcześnie, bo około 16:00. Wiemy jednak, że po nieprzespanej nocy, odpoczynek będzie długi. I tak po ogarnięciu się około 19:00 kładziemy się spać, by wstać dopiero następnego poranka.
Adriatic Road - Lika Touring Bike route
Na wyspie Pag nie bawimy za długo. Już o poranku opuszczamy miasto, kierując się na prom, który na nas przetransportować na ląd. Poza mostem, którym wjechaliśmy na wyspę wcześniejszego popołudnia, to właśnie promy pozwalają Pag na komunikację z resztą Chorwacji.
Kolejne nasze kilometry będą prowadzić przez Adriatic Road, która choć ma status drogi krajowej, to według zapewnień wielu osób ma być spokojna i cicha. Prowadzi tędy też główny szlak rowerowy regionu Lika, co każe sądzić że ruch jest akceptowalny. W dużej mierze tak też jest, samochody - głównie turystów mijają nas rzadko, ale też długim ciągiem, gdy akurat gdzieś do brzegu documuje prom. W przeciwieństwie do dnia wcześniejszego, jakość nawierzchni jest o niebo lepsza. Do tego widoki. Tak, widoki to zdecydowanie najlepszy argument, by podążyć właśnie tędy.
Niestety, w okolicach Senj ruch robi się coraz gęstszy, a popołudniowa godzina pozwala również na jazdę naszym szlakiem ciężarówkom. Siadamy w małej restauracji na uboczu i delektując się ćevapčići i owocami morza, próbujemy zmodyfikować naszą trasę, by móc zjechać z drogi głównej. To ma się udać dopiero za kilkanaście kilometrów, w Selce, gdzie znów będziemy jechać nad samym brzegiem Adriatyku. I co z tego, że pod prąd. W międzyczasie zaskakują nas jeszcze dwa podjazdy, które sprawiają, że na camping docieramy niemal równo z zachodzącym słońcem.
Przez Słowenię do Włoch
Trzeciego dnia opuszczamy Chorwację przez góry, które stanowią granicę półwyspu Istria. Zanim to jednak nastąpi, musimy przedrzeć się do Rijeki i przez samą Rijekę. Zadanie nie jest łatwe, bowiem miasto z każdej strony otaczają góry. I tak, żeby się do niego dostać, musimy walczyć z podjazdem. Na domiar złego, ścieżki którą mieliśmy jechać nie ma. Po prostu nie ma. No nic. Trzeba męczyć się z 13% ścianką i ciężarówkami zmierzającymi na autostradę.
Rijeka jest jednym z większych miast w Chorwacji, ale rowerowo przejazd przez nią jest męką. Spory ruch zmusza nas do poruszania się po chodnikach, co skutecznie dusi nasze i tak niewysokie tempo. W międzyczasie zatrzymuję się jeszcze w sklepie rowerowym po dętki, by ze spokojną głową móc przemierzać kolejne kilometry. Jak się później okaże, dowiozę te dętki do samego Wrocławia.
Spodziewamy się wyjazdu pod górę, ale ścianka jaką zostaliśmy zaskoczeni, zrzuciła nas z siodełek. Na znaku było 17%, ale spokojnie były momenty jeszcze ostrzejsze. Zatrzymujemy się w ostatnim sklepie, który dzisiaj miał być na naszej trasie, uzupełniając bidony i zapychając kieszenie jedzeniem. Burek i żelki Haribo to może nie najlepsza dieta na świecie, ale nas uchroni dzisiaj przed spadkiem energii.
Po kilku kilometrach wkraczamy do lasu i spokojną dróżką jedziemy w głąb lądu, mogąc doświadczyć Chorwacji z innej strony, mniej obleganej. Rejony te są równie urocze, choć zapewne turystów aż tak wielu tutaj nie zagląda. Samochody mijają nas raz na kilka minut. Mozolnie wspinając się w okolice 800 m n.p.m. docieramy do granicy chorwacko-słoweńskiej. Słowenię dzisiaj tylko przejedziemy tranzytem, by dotrzeć do włoskiego Triestu i tam zakończyć dzień. We włoskim stylu. Pizzą neapolitańską (naprawdę była dobra!) i aperolem (albo odwrotnie).
Prosecco uderza do głowy
O ile w Rijece wyjazdowa ścianka nas zaskoczyła, to tym razem wiedzieliśmy że będziemy musieli pchać rowery. Lecz podjazd z obrzeży Triestu przez Contovello do Prosecco okazał się trudniejszy, niż myśleliśmy. Był długi, bo około 3-kilometrowy z jednym kilkusetmetrowym wypłaszczeniem, do tego po bruku i zmusił nas do wspinaczki z poziomu morza na 300 m. Prowadzenie rowerów w pełnym słońcu było wyczerpujące, a przecież dopiero zaczynaliśmy dzień.
Po kilku kolejnych kilometrach byliśmy ponownie w Słowenii. Spokojnymi, leśnymi ścieżkami pożegnaliśmy się z Adriatykiem, by za zakrętem powitać Alpy. Majestatyczny Triglav lśnił w pełnym słońcu, ale to nie jego okolice były naszym celem.
Wjeżdżając do Novej Goricy szybko odnajdujemy ścieżkę rowerową, która prowadzi prosto do doliny Soczy. To miejsce poleciło nam kilka osób, który zostały wtajemniczone w nasze plany. I tak, było to warte przejechania. Przez około 30 kilometrów korzystamy z drogi dla jednośladów, która biegnie wzdłuż rzeki. Krajobraz zmienia się diametralnie, a zza leśnych pagórków coraz częściej wyłaniają się skalne szczyty. Dzień kończymy w samym sercu Alp Julijskich, na campingu Lazar. Co ciekawe i warte odnotowania, rowerzyści na słoweńskich campingach dostają specjalny rabat od standardowej stawki za "przyjazność środowisku".
Król jest jeden. Mangart
Nadszedł ten dzień. Tak naprawdę to tylko o nim myśleliśmy od początku naszej wyprawy. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, dlatego dwa wcześniejsze dni robiliśmy więcej kilometrów niż było w pierwotnym planie. Wszystko po to, by wjechać pod szczyt Mangart. Ale zanim to nastąpiło, przed nami było kilkanaście kilometrów podjazdu, którego poziom trudności wzrastał wraz z poziomem zmęczenia. Było to najtrudniejsze wyzwanie. Wszak 1600 metrów przewyższenia, na odcinku 25 kilometrów musi robić wrażenie.
Do miejscowości Log pod Mangartem trasa umiarkowanie wznosi się do góry, raczej nie sprawiając problemów. Później zaczyna się rzeź. Nachylenie rośnie i trzyma ponad 10% bez chwili wytchnienia aż do mostu Predel. Nie pomaga też spory ruch, głównie motocykli, które pętlą przez przełęcze Predel i Vrsič okrążają Mangart. Jest to zresztą też popularna tutaj pętla kolarska. Nam wystarczy tylko jej zachodnia część.
Już solidnie zmęczeni docieramy do skrzyżowania, na którym rozpoczyna się główny podjazd pod Mangart. Znak informujący o nachyleniu 22% przez 11,7 km przeraża, ale jak się potem okaże w żadnym miejscu tych 22% nie doświadczymy. Choć nie oznacza to wcale że jest łatwo. Nie jest. Po pierwszym kilometrze, nachylenie wzrasta do 15% i jechać się z tobołkami już nie da. Po dłuższej chwili zastanowienia, decydujemy się odczepić znaczną część bagażu i schować w krzakach.
Teraz to można podjeżdżać! Pierwsze metry wyzwoliły dodatkowe siły, a rower zdawał się płynąć pod górę. Szybko jednak zmęczenie dało o sobie znać i znów cierpieliśmy. Ściągnięcie toreb było rozsądną i dobrą decyzją, bo inaczej do góry byśmy nie podjechali. W drodze na szczyt spotykam znajomych. To niesamowite, szczególnie w takim miejscu.
- Co Ty tu robisz?
- No jak to co, podjeżdżam pod Mangart.
- Tylko uważaj pod szlabanem, bo strażnicy się tam kręcą i wlepiają mandaty.
To, że dojazd do samej góry przełęczy jest utrudniony, ze względu na spadające skały wiedzieliśmy wcześniej, ale mieliśmy nadzieję że uda się wjechać. Po takim ostrzeżeniu nie ważyliśmy się jednak przekraczać szlabanu, a przejście szlakiem pieszym z rowerami na plecach nie było atrakcyjną alternatywą.
Delektujemy się widokiem jaki nas otacza i zastanawiamy się, gdzie możemy zjechać na nocleg. Włoskie Tarvisio wydaje się być najrozsądniejszym rozwiązaniem. Położone przy słynnej Alpe Adria Radweg z pewnością przyjmie rowerzystów. Rezerwujemy na booking nocleg i ruszamy w dół. Mamy nadzieję na dłuższy odpoczynek po tak męczącym dniu.
Godzinę z minutami później jesteśmy już w Tarvisio i z łatwością odnajdujemy miejsce w którym mamy nocować. Kluczy jednak nie ma, a właścicielka mieszkania nie reaguje na telefony i wiadomości do niej wysyłane. Mija godzina, dwie, a tu dalej cisza. W międzyczasie kilkukrotnie podjeżdża do nas starszy facet, który określił siebie "przyjacielem rowerzystów" i zaprasza do swojego domu na nocleg. Płatny rzecz jasna. Dziękujemy, ale coraz bardziej zdenerwowani i zirytowani sytuacją, bierzemy wizytówkę by mieć dodatkową opcję.
Dopiero po interwencji supportu Booking, który miał mieć inny kontakt do właścicielki, ta zjawia się, przepraszając za brak odpowiedzi. Suma sumarum, nocleg nie był najgorszy, całe mieszkanie zajmowali rowerzyści, w tym para Polaków przemierzająca Alpe Adrię właśnie. Zmęczeni, kładziemy się spać i wiemy że będzie to długa noc.
Austria drogami rowerowymi stoi
Camping, w którym zamierzaliśmy spać kolejnej nocy był oddalony o mniej więcej 90 kilometrów od Tarvisio, z których większość była w dół. Dzień nasz więc rozpoczęliśmy późno, bo dopiero przed 11:00. Już od samego rana słyszę dziwne strzały dochodzące z okolic korby. Co jest grane?! Dźwięk ten towarzyszył już wczoraj pod górę, ale nie był tak drażniący wówczas go zignorowałem. W pierwszej chwili pomyślałem, że być może kontra korby puściła, co w Sramie i systemie DUB jest rozwiązaniem moim skromnym zdaniem idiotycznym. O dziwo, udaje się dźwięk zniwelować, choć nie zniknął on całkowicie. Nie wiem jednak jeszcze, że kolejne dwa dni będę się nim mocno irytował.
To, co zachwyca mnie w Austrii od samego początku, to drogi rowerowe. Przez cały dzień spędzamy z samochodami może 3 kilometry. Łał! Jest to niesamowita odmiana, po zgoła innej i męczącej Chorwacji. Docieramy na pole campingowe, które okazuje się być bardzo spokojnym i przyjemnym miejscem.
O poranku znów daje znać o sobie nieznośny dźwięk. Tym razem nie mam już wątpliwości, że to miski suportu. Po krótkiej diagnozie stwierdzam, że jest kiepsko - odkręcają się palcami. Sam nic nie zrobię, potrzebny jest serwis. Nie spodziewałem się jednak, że o pomoc będzie tak trudno. W pierwszym punkcie byłem pełen nadziei że uda się problem rozwiązać, ale mimo szczerych chęci serwisanta - brak odpowiedniego klucza to uniemożliwił. Odesłał mnie do salonu marki Specialized w której taki klucz na pewno będą mieli.
Czy tak było, nie wiem, bowiem po krótkiej wymianie zdań (z pomocą innej klientki, bo niestety z znajomością angielskiego w Austrii jest różnie), dowiedziałem się, że mam się zgłosić w przyszłym tygodniu bo teraz nie mają rąk do pracy. Serio?! Nie jesteście w stanie poświęcić 5 minut by mi pomóc? Jak będę kiedyś się wahał czy kupić sobie Speca, czy coś innego, to chyba wiecie co wybiorę...
Na mapie w Knittelfeld miałem jeszcze jeden serwis. Chciałem konkretnej pomocy, nawet sobie przetłumaczyłem w translatorze po niemiecku o co mi chodzi. Niestety. Młody chłopak, który zapytał w czym może pomóc, najpierw przeczytał co miałem napisane i udał się do środka po klucz. Pełen nadziei liczyłem, że zaraz problem będzie rozwiązany. Jakie było moje zdziwienie, gdy gość wrócił z pomiarem wyciągnięcia łańcucha. Tłumaczę mu więc i pokazuję, że miski się kręcą w palcach i trzeba je dokręcić. Ten mi na to, że to na pewno nie i łańcuch jest wyciągnięty i trzeba go wymienić. WTF?! Robiąc klasycznego faace palm'a odszedłem bez pożegnania. Swoją drogą łańcuch wcale wyciągnięty jeszcze nie był.
Było piątkowe popołudnie, a ja wiedziałem, że jak nie zrobię tego następnego dnia, to zapewne będzie musiał tak jechać aż do Wiednia. Na mapie znalazłem jeszcze salon Treka oddalony o 40 kilometrów i czynny do 14:00. Bez problemu zdążymy! Nie pomyślałem jednak by ustawić na Google trasę rowerową, a nie samochodową... przez autostradę. Z 40 kilometrów zrobiło się 60, a droga ta nie była specjalnie łatwa, bo dużo pagórków redukowało nasze tempo.
W zasadzie to byłem gotowy też na to, że jak nie otrzymam pomocy, to wejdę do Actiona, których na trasie nie brakowało i kupię szczypce hydrauliczne i sam rozwiążę problem. Na szczęście pracownicy w salonie Treka byli bardzo przyjaźnie nastawieni i bez problemów podjęli się naprawy. Ba! Nawet nie chcieli eurocenta i życzyli szerokiej drogi do domu. Bruck am der Mur - salon Treka - zapamiętajcie to miejsce jak będziecie kiedyś w Austrii w potrzebie.
My, już w spokoju, mogliśmy zacząć ostatni, długi podjazd tej wyprawy. Blisko 50 kilometrów i 500 metrów przewyższenia wprawdzie nie zabijało, ale podjechać trzeba było. Cały czas towarzyszyły nam drogi rowerowe, które kończyły się tylko we wsiach o znikomym ruchu samochodowym. Austria pod kątem infrastruktury rowerowej i sieci dróg zachwyciła nas i zaskoczyła jednocześnie.
Wiedeń przyjazny rowerzystom
Zjazd do Wiednia miał być najprzyjemniejszym dniem wyprawy, nie sądziliśmy jednak że coś innego skutecznie nas zmęczy i sprawi, że będzie to... jeden z najtrudniejszych dni. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Zjazd był przyjemny, choć dawał znać o sobie wiatr. Słońce też grzało coraz mocniej. Wiedzieliśmy, że w stolicy Austrii czeka nas upał od którego w ostatnich dniach nieco odpoczęliśmy przebywając na wysokości.
Wiatr wiejący w twarz i słońce to nie są sprzymierzeńcy dla rowerowych entuzjastów. Jeśli dodać do tego fakt, że w niedzielę niemal wszystko w Austrii jest pozamykane trzeba się spodziewać najgorszego. Z każdym kilometrem nogi kręciły się wolniej. Kulminacją był sam Wiedeń, którego pagórki wykończyły nas bezwzględnie. Na szczęście kolejnego dnia zamierzaliśmy odpoczywać i spędzić dzień na zwiedzaniu Wiednia. Na rowerze rzecz jasna.
Austriacka stolica, mimo pierwszych, niezbyt dobrych wrażeń, okazała się przyjazna rowerzystom. Bardzo dużo dedykowanych ścieżek, wydzielonych pasów. Samych rowerzystów też wyraźnie więcej niż w Polsce. Na pierwszy rzut oka wyróżniają się rowery cargo, których są tu tysiące, a ludzie korzystają z nich by odwieźć dzieci do szkoły, czy przewieźć zakupy. Czy to samo czeka nas w Polsce? Czas pokaże.
Bezapelacyjnie najlepszą rzeczą jaka nas spotkała jest ścieżka na wyspie pomiędzy dwoma brzegami Dunaju. Zieleń, cisza i spokój przyciągają tu mnóstwo fanów dwóch kółek. Rozciąga się ona na ponad 20 kilometrów i pozwala w centrum miasta na konkretną rundkę. Oczywiście, wzdłuż samego Dunaju jest też szlak rowerowy, który pozwala dotrzeć bez samochodów choćby do Bratysławy.
Rowery są mile widziane również w ścisłym centrum, wśród najważniejszych zabytków Wiednia. Oczywiście trzeba sporo uwagi poświęcić tłumom turystów, którzy niespecjalnie przejmują się jednośladami, ale zwiedzanie Wiednia na rowerze jest możliwe. Przez kilka godzin zrobiliśmy blisko 50 kilometrów, odwiedzając najważniejsze miejsca.
Toskania wschodniej Europy
Ten jeden dzień pozwolił nabrać sił na ostatnią część wyprawy, która w stosunku do dni wcześniejszych miała być nieco trudniejsza. Dzienny dystans mieliśmy wydłużać (bo i przewyższenia miały nie być tak srogie), a prognozy pogody zapowiadały że i jakaś burza nas może złapać. Z Wiednia wyruszyliśmy więc wcześniej niż zwykle, nie wiedząc jeszcze że uda się tego dnia dojechać aż do Brna.
To właśnie czeskie miasto i jego okolice nazywane jest w naszym kraju wschodnią Toskanią. Ale prawdą jest, że prawdziwa wschodnia Toskania, z morzem winorośli i ukrytych piwniczek skrywających najróżniejsze trunki zaczyna się tuż za Wiedniem. Szlaki rowerowe prowadzą przez długie winnice i każą co raz wspinać się i zjeżdżać po okolicznych pagórkach.
Kofola i smažený sýr
Po przekroczeniu granicy z Czechami ten krajobraz nieco się zmienia. Pagórków jest jakby mniej, za to winnic - w szczególności tych ogromnych i produkujących na większą skalę więcej. Nas wino nie obchodzi tak bardzo, jak inne napoje naszych południowych sąsiadów. W pierwszym napotkanym sklepie kupujemy Kofolę. Dla tego smaku przejechaliśmy 1000 kilometrów!
Nieco dalej, smakujemy kolejnych czeskich przysmaków. Parek v rohliku i smažený sýr to oczywiście punkty obowiązkowe bez których wizyta w Czechach nie może się udać. Kulinarne uniesienia równoważą nam krajobrazy. Zwyczajnie - jest tak sobie. Brno odrzuca nas brudem i smrodem. Serio, już wiemy czemu Czesi śmieją się z niego, tak jak my z Radomia. To najgorsze czeskie miasto, jakie przyszło nam odwiedzać.
Nasza trasa kluczy wokół autostrady, więc wciąż słyszymy spory ruch samochodów i choć bezpośrednio nam nie utrudniają życia, to jednak męczą odgłosami silników. Dopiero za Prościejewem wjeżdżamy na ścieżkę rowerową, która jest częścią sieci EuroVelo (bij, zabij, nie pamiętam numeru, chyba 5). Docieramy do Ołomuńca, nad którym wiszą już ciężkie chmury.
Burzowe prognozy chyba się ziszczą tego popołudnia. Nie tracimy czasu na zwiedzanie (a szkoda!), i czym prędzej jedziemy za miasto, do wcześniej zabukowanego noclegu. Pro tip: po wcześniejszych perypetiach, Booking służy nam tylko jako pomoc w wyszukiwaniu, nie rezerwujemy już bezpośrednio. W tym przypadku rezerwacji dokonaliśmy za pomocą WhatsApp'a.
Zdążymy jeszcze pójść zjeść obiad do Hospudki i wypić piwo, zanim burza i deszcz rozkręcą się na dobre. Padać ma całą noc, ale jutrzejszy poranek zapowiada się już zdecydowanie lepiej.
Niebo płacze, że już koniec
Nadszedł dzień powrotu do Polski. Poranek, zgodnie z przewidywaniami synoptyków był pochmurny, ale z każdą chwilą miało być coraz lepiej. Przez moment nawet pojawiło się słońce, lecz gdy wjechaliśmy do serca Niskiego Jesionika, pogoda odwróciła się o 180 stopni. Ciężkie chmury przyniosły mżawkę, która raz lżej, innym razem mocniej skutecznie nas przemoczyła.
Chwila przerwy na przystanku pozwoliła się osuszyć, a nie było sensu czekać, bo padać miało w całych Jesenikach do wczesnego popołudnia. Poprawić się miało dopiero po przekroczeniu granicy. Nie dość że pogoda była pod psem, to jeszcze nawierzchnia nie pomagała. Ciężko powiedzieć, że jechaliśmy. Wlekliśmy się, mając o 13:00 przejechane raptem 40 kilometrów. A tego dnia mieliśmy zrobić jeszcze 100!
Deszcz przestał padać faktycznie w okolicach granicy, ale tam zaczął wzmagać się wiatr. Spodziewaliśmy się tego i baliśmy jednocześnie. Na dodatek zamknięte drogi powiatu głubczyckiego zmusiły nas do szukania objazdu i dodatkowo - męczenia się z setkami TIR-ów, które za nic miały dwójkę rowerzystów z tobołkami, kilkukrotnie zmuszając do zjeżdżania na pobocze.
- Ach! Jak dobrze wrócić do kraju i widzieć jak bardzo kierowcy szanują rowerzystów.
I tutaj nie pomagały też drogi, które mówiąc łagodnie - są beznadziejne. Chcieliśmy być już w Polskiej Cerekwi, skąd zaczyna się szlak rowerowy. Tu przynajmniej mogliśmy odpocząć od ciężarówek. Do Leśnicy docieramy w promieniach zachodzącego słońca, zupełnie wykończeni dniem i atrakcjami jakich nam dostarczył.
Pozostał już tylko jeden etap. Wrócić do Wrocławia. Najdłuższy, ale jednocześnie najprzyjemniejszy dzień, bez znaczących podjazdów, po spokojnych drogach. Dotarliśmy do domu po 14 dniach jazdy i pokonaniu blisko 1500 kilometrów.
Europe Tour - zrobilibyśmy to jeszcze raz!
Mieć marzenia to jedno, realizować je to drugie. Nasza podróż po Europie była jednym z marzeń, które możemy już wykreślić z listy. To było kolejne, ciekawe doświadczenie z pozycji rowerowego siodełka. Poznawanie świata (czy tutaj: Europy) na rowerze jest naprawdę fajne. Widoki zostaną w pamięci na długo, ale nie zatrzymujemy się. Kolejne przygody wciąż czekają na realizację, a kolejne miejsca na odkrycie.