Są kampanie społeczne, które coś zmieniają. Są takie, które przynajmniej niczego nie psują. I są takie, które przy całej swojej medialnej oprawie, przy billboardach rozwieszonych wzdłuż ścieżek rowerowych i przy wsparciu instytucji państwowych, wyrządzają realną krzywdę. Nie dlatego, że twórcy mają złe intencje. Właśnie dlatego, że mają intencje dobre, a efekt osiągają odwrotny. Kampania PZU i Policji „Mistrzu, pomyśl" należy do tej trzeciej kategorii. I chcemy o tym powiedzieć wprost.
Zacznijmy od danych, bo kampania lubi się nimi posługiwać. W latach 2023-2025 w wypadkach drogowych spowodowanych przez rowerzystów, użytkowników hulajnóg elektrycznych i motocyklistów zginęło 638 osób. Liczba robi wrażenie. PZU umieściło ją na stronie kampanii dużą, tłustą czcionką, obok zdjęcia zniszczonego roweru leżącego na ścieżce. „Bezsensowna śmierć, której można było uniknąć" - głosi podpis. I tu zaczyna się problem, który nie jest drobiazgiem, nie jest kwestią interpretacji ani wrażliwości. Jest fundamentalnym przekłamaniem narracyjnym, które ma realne konsekwencje dla bezpieczeństwa na polskich drogach.
To oni zginęli. Nie „spowodowali śmierć innych" - sami zapłacili życiem! Tymczasem kampania konstruuje przekaz tak, jakby użytkownicy jednośladów byli przede wszystkim zagrożeniem dla otoczenia. Jakby to od ich zachowania zależało bezpieczeństwo wszystkich wokół. Jakby to rowerzysta był tym, kto sieje zniszczenie na drodze i kto powinien przede wszystkim „pomyśleć".
Strona PZU pyta wprost: „Chcesz wiedzieć, jaką wymówkę będzie miał mistrz, który w ciebie wjedzie?" I każe nam klikać, żeby wylosować ironiczną odpowiedź. Świetny żart.
Powiedzmy to wprost: To nie jest kampania dla rowerzystów. To kampania przeciwko rowerzystom, ubrana w kostium troski o ich dobro.
Poniekąd rozumiemy mechanizm, który do tego doprowadził. Równolegle PZU prowadzi kampanię „Mistrzu, zwolnij", skierowaną do kierowców samochodów. Kampanię, która - i tu oddamy jej sprawiedliwość- dotyka prawdziwego problemu: nadmiernej prędkości, brawury, lekceważenia konsekwencji. Teraz przyszedł czas na „kontynuację". Logika marketingowa jest prosta: skoro robiliśmy kampanię dla jednej grupy, zróbmy teraz dla drugiej. Zachowajmy hasło, zmieńmy adresata. Stwórzmy symetrię.
Problem polega na tym, że sytuacja rowerzystów i kierowców samochodów jest z gruntu asymetryczna. I to nie jest kwestia subiektywnych odczuć ani środowiskowych uprzedzeń. To jest fizyka, anatomia i statystyka w jednym. Kierowca siedzi w karoserii ważącej półtorej tony, wyposażonej w poduszki powietrzne, pasy bezpieczeństwa, systemy ABS, ESP i dziesiątki innych mechanizmów, których jedynym celem jest ochrona jego życia w przypadku zderzenia. Rowerzysta jedzie na konstrukcji ważącej dziesięć kilogramów, oddzielony od asfaltu i od innych pojazdów wyłącznie własnym ciałem. Ewentualnie kaskiem, który jest zaprojektowany do ochrony głowy przy upadku z roweru, a nie przy zderzeniu z pojazdem mechanicznym.
W starciu rowerzysty z samochodem rowerzysta nie ma szans. To nie jest dramatyzowanie. To jest fizyczny fakt, który powinien być punktem wyjścia do każdej rozmowy o bezpieczeństwie ruchu drogowego.
Kampania „Mistrzu, pomyśl" ten fakt całkowicie ignoruje. Zamiast tego stawia znak równości: „Każdy z nas jest tak samo odpowiedzialny za bezpieczeństwo w ruchu drogowym, niezależnie od tego, czy jedziemy akurat samochodem, rowerem czy wsiadamy na hulajnogę" - mówi prezes PZU Bogdan Benczak. To zdanie brzmi rozsądnie, dopóki nie zdamy sobie sprawy z tego, co za nim stoi. Równa odpowiedzialność przy radykalnie nierównym ryzyku. Równy apel do obu stron, gdy to ta jedna strona może zabić drugą jednym nieprzemyślanym manewrem.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, która boli bardziej niż nieprzemyślana symetria narracyjna. To fakt, że pod kampanią podpisała się Policja. Nie jakaś organizacja pozarządowa z górnolotną misją. Nie firma ubezpieczeniowa działająca w imię własnych interesów (bo interes PZU jest przynajmniej czytelny: im mniej wypadków, tym mniej wypłaconych odszkodowań). Podpisała się Policja. Instytucja powołana jest do ochrony życia i zdrowia ludzi. Instytucja, która powinna chronić słabszych uczestników ruchu drogowego, a która zamiast tego użycza swojego wizerunku kampanii obarczającej ich winą za własne wypadki. I nie zmienia faktu, że artykuł na ten temat, który był na głównej stronie polskiej policji, znalazł swoje miejsce w archiwum. Być może ktoś u góry, zrozumiał, że jest to nie na miejscu. Być może...
I Zastępca Komendanta Głównego Policji nadinsp. Roman Kuster powiedział podczas konferencji prasowej: „dane nie pozostawiają złudzeń — wciąż zbyt wiele osób przekracza prędkość, podejmuje ryzykowne manewry i lekceważy podstawowe zasady bezpieczeństwa." Brzmi poważnie. Ale w kontekście całej kampanii, skierowanej do wszystkich użytkowników jednośladów, to zdanie czyta się jako oskarżenie pod ich adresem. Nie pod adresem kierowców, którzy każdego roku w Polsce zabijają setki rowerzystów.
Mamy doświadczenie, które pozwala nam pisać o tym bez abstrakcji. Kilka lat temu samochód wyprzedzając autobus stojący na przystanku, wyjechał nam na czołówkę w sposób skrajnie niebezpieczny - zbyt blisko, zbyt szybko, bez żadnej przestrzeni bezpieczeństwa. Natalia wówczas upadła, doznając obrażeń. Mieliśmy nagranie z autobusu. Mieliśmy świadka. Wydawało się, że dowody są jednoznaczne i że policja zrobi to, do czego została powołana. Sprawę umorzono. Stwierdzono, że „nie było żadnego zagrożenia".
Teraz ta sama instytucja tłumaczy nam, że powinniśmy „pomyśleć". Że to rowerzysta ma się zastanowić. Że to na rowerzyście spoczywa odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. Wybaczcie, ale trudno to przyjąć ze spokojem.
Wróćmy do liczb, bo kampania je lubi. W Polsce każdego roku w wypadkach drogowych ginie kilkanaście razy więcej osób z winy kierowców samochodów niż z winy rowerzystów. Rowerzysta, który spowoduje wypadek, najczęściej skrzywdzi siebie samego lub pieszego. I to jest problem, o którym warto rozmawiać. Warto i trzeba uświadamiać, że wszyscy jesteśmy równymi uczestnikami ruchu.
Ale zwróćmy uwagę, że kierowca, który spowoduje wypadek, może zabić rowerzystę, motocyklistę, pieszego, pasażera własnego pojazdu i pasażerów innego. Skala zagrożenia jest nieporównywalna.
Kiedy patrzymy na stronę kampanii PZU i czytamy listę „wymówek mistrza dwóch kółek" -„przecież się spieszy, przecież nic się nie stanie, przecież zawsze się udawało, przecież odblaski są dla dzieci, przecież kask tylko zniszczy fryzurę" - to rozumiemy, że część z nich dotyczy realnych zachowań. Rowerzyści bez oświetlenia istnieją. Użytkownicy hulajnóg jeżdżący po chodniku w zupełnym oderwaniu od przepisów istnieją. Motocykliści łamiący przepisy istnieją. Nie zamierzamy tego zaprzeczać i nigdy tego nie robiliśmy - bo pisaliśmy o tym uczciwie już wcześniej.
Ale są dwie rzeczy, których kampania nie robi, a które zrobiłaby każda uczciwa analiza problemu.
Po pierwsze, nie stawia pytania: ile z tych 638 śmierci to ofiary nieostrożności rowerzystów, czy ogólnie użytkowników jednośladów, a ile to ofiary nieodpowiedzialnych kierowców samochodów? Liczba jest podana zbiorczo, bez kontekstu. To nie jest przypadek. Zbiorczość służy zacieraniu proporcji.
Po drugie, nie pyta o to, dlaczego rowerzyści jeżdżą tam, gdzie jeżdżą, w taki sposób, w jaki jeżdżą. Polska infrastruktura rowerowa w wielu miejscach jest wciąż fikcją. Ścieżki urywające się na skrzyżowaniu bez możliwości kontynuowania jazdy. Krawężniki, słupki, przeszkody instalowane przez urzędników, którzy nigdy nie wsiedli na rower w dorosłym życiu. Trasy projektowane po to, żeby istniały w sprawozdaniu, a nie po to, żeby z nich korzystać. Nikt nie podejmuje się refleksji, że rowerzysta jedzie jezdnią zamiast ścieżką często dlatego, że ścieżka nie nadaje się do korzystania z niej.
Kampania „Mistrzu, pomyśl" nie pyta o to ani słowem.
Jest w tej kampanii coś głęboko nieuczciwego intelektualnie. Jej twórcy zapewne wierzą, że robią coś dobrego. Że edukują, że podnoszą świadomość, że może uda im się uratować jakieś życie. Chcemy im w to wierzyć. Ale dobre intencje nie zwalniają z odpowiedzialności za skutki.
A skutki zaś są takie: kampania utrwala przekonanie, że rowerzysta jest na drodze problemem. Że to on jest źródłem chaosu i zagrożenia. Że kierowca samochodu - jeśli wydarzy się wypadek - może powiedzieć: „to dlatego że rowerzysta nie myśli".
Billboardy rozwieszono przy ścieżkach rowerowych i na skrzyżowaniach. Nie w salonach samochodowych, nie na stacjach benzynowych, nie na drogach ekspresowych, gdzie przekraczanie prędkości jest nagminne. Przy ścieżkach rowerowych. Żeby rowerzysta widział, że to on jest problemem.
Napisaliśmy kilka tygodni temu, że w Polsce panuje kult szybkiej jazdy. Kult, który przejawia się w wyprzedzaniu na trzeciego, w wymuszaniu pierwszeństwa, w agresji wobec wszystkich "spowalniających" ruch. Kult, w którym kilka zaoszczędzonych sekund jest warte więcej niż czyjeś życie. Pisaliśmy o tym w kontekście śmierci posła Łukasza Litewki, który zginął na rowerze. I zastanawialiśmy się, czy coś się zmieni.
Nie zmieniło nic. Zamiast tego dostaliśmy kampanię, która tłumaczy rowerzyście, że powinien pomyśleć. Zamiast rozmowy o tym, że kierowcy w Polsce mają zbyt małą realną odpowiedzialność za zachowanie na drodze, dostaliśmy rozrywkę w postaci „loterii wymówek". Zamiast systemowej refleksji nad tym, dlaczego umorzono tysiące spraw, w których kierowcy zagrażali rowerzystom - dostaliśmy Krzysztofa Ibisza w kasku, w miejscowości Kaski.
Chcemy zakończyć tak, jak zaczęliśmy - od pytania. Nie retorycznego, choć brzmi jak takie. Naprawdę chcemy, żeby ktoś na nie odpowiedział.
Kiedy rowerzysta ginie na polskiej drodze, często nie z własnej winy, lecz dlatego, że kierowca samochodu podjął złą decyzję to kto jest za to odpowiedzialny? Nie w sensie prawnym, bo w sensie prawnym to bywa różnie i wiemy o tym z własnego doświadczenia. Ale w sensie moralnym, społecznym, instytucjonalnym?
Kampania „Mistrzu, pomyśl" odpowiada na to pytanie MILCZENIEM.
Zastanawiamy się, czy twórcy tej kampanii - zarówno w PZU, jak i w Policji - sami jeżdżą na rowerach. Czy sami wiedzą, jak to jest, gdy samochód wyprzedza cię w odległości 10 centymetrów przy 90 km/h. Czy wiedzą, jak to jest złożyć zawiadomienie na policji, mieć dowodyi usłyszeć, że nie było zagrożenia.
Jeśli wiedzą i mimo to kampania wygląda tak, jak wygląda - to jest to wyraz cynicznej kalkulacji.
Jeśli nie wiedzą - to może właśnie oni powinni pomyśleć.