Strona główna Trasy O nas Sklep Blog Współpraca NARZĘDZIA ROWERZYSTY Koszyk Kontakt
Wyprawy długodystansowe / 19.05.2021

#RideAcrossPL – wyprawa, której cele wybieraliście Wy

#RideAcrossPL – wyprawa, której cele wybieraliście Wy

Drugi tydzień maja miał być przeznaczony – podobnie jak rok i dwa lata wcześniej na Race Through Poland. No, ale i tym razem pandemia pokrzyżowała szyki i zmusiła organizatorów do przesunięcia wyścigu na jesień. Tylko co zrobić z zaplanowanym urlopem? Jak pojechać i gdzie? Jakaś wyprawa? Te pytania zadawałem sobie przez kilka dni, po otrzymaniu oficjalnego maila o odwołaniu #rtpl3 w maju. Wówczas przypomniałem sobie o pewnej imprezie w Szwajcarii, SUCH (Swiss Ultracycling Challenge), którą każdy może rozpocząć na dowolnej stacji kolejowej, byle wystartować o wyznaczonej porze. Z tą różnicą, że tam punkty kontrolne są znane, podobnie jak meta, usytuowana w Bernie.

Postanowiłem nieco zmodyfikować propozycję Szwajcarów i każdego dnia pytać Was, moich obserwatorów i fanów co ma być kolejnym celem. I tak powstał pomysł na #RideAcrossPL. Nie określałem przy tym miejsc bezwzględnych, a raczej rejony geograficzne które miałem objechać. Było to ekscytujące, bo każdego wieczoru zmuszony byłem do tworzenia tras, które będę w zasięgu jednego dnia jazdy. Nie było czasu, ani też ochoty by sprawdzać wyznaczone drogi, np. na Google Street View. Jechałem „na ślepo”, ufając w pełni temu co przygotował dla mnie komoot. A mając już trochę doświadczenia z tą aplikacją, wiedziałem że nie raz mnie zaskoczy i nie raz zaboli.

Ruszamy: z Bielska-Białej w Gorce

Jako miejsce startu zaproponowałem trzy miejsca: Gliwice, Krzeszowice i Bielsko-Białą. W zasadzie do samego końca nie wiedziałem która opcja przeważy. O starcie w Beskidzie Małym zadecydowała ostatnia godzina głosowania, gdy Bielsko wyszło na dość wyraźne prowadzenie. Następnie poprosiłem Was o wybór pierwszej destynacji: Podhale czy Gorce? Obie krainy leżą tuż obok siebie, choć są zupełnie inne. Obie najeżone mnóstwem podjazdów i krajobrazów. Obie z widokiem na Tatry, choć o to zdecydowanie łatwiej na Podhalu. Zgodnie z Waszą decyzją moim pierwszym celem miały być Gorce.

Z Wrocławia wyruszyłem wczesnym porankiem, a już wsiadając do pociągu spotkałem kilka osób, z którymi tego dnia mieliśmy się spotkać w zupełnie innym miejscu – na wrocławskim welodromie. W Katowicach na dworcu kolejne spotkania z niedoszłymi uczestnikami #RTP. Każdy ruszał w swoją stronę, by przeżyć przygodę „zastępczą”, lub po prostu – swoją przygodę. Pociąg Kolei Śląskich do Zwardonia już w Katowicach był pełny innych rowerzystów, a dopakowanie się tam było nie lada wyzwaniem. Konduktor zgrabnie musiał przedzierać się przez zastawione rowerami korytarze. Po godzinie jazdy znalazłem się w Bielsku. Żegnam się z towarzyszami podróży. Czas: start. Zaczynamy.

Już trzy kilometry po starcie mój Hammerhead Karoo zaczyna wydawać nieznane mi dotychczas dźwięki, a na ekranie pojawia się komunikat „Słaba bateria pomiaru mocy” – to nie mógł być przypadek. InPeak umarł chwilę później, a ja postanowiłem, że baterię wymienię dopiero po powrocie. Skoro przeznaczenie tak zdecydowało, to pojechałem bez watów, TSS-ów i nadwyrężania planu treningowego Inpeak Trainer (algorytmy nie widząc TSS-ów nie obcinały mi znacząco kolejnych treningów – ale więcej na ten temat opowiem w dedykowanym wpisie już niebawem).

Jest dość chłodno, temperatura bliżej zera i choć przez chmury coraz wyraźniej przedziera się słońce wcale nie czuję się komfortowo. Marznę, choć wiem doskonale że to stan przejściowy i z każdą kolejną godziną powinno być lepiej. Za przełęczą Targanicką odbijam na Wadowice. Nieco zamyślony, dopiero w ostatniej chwili zauważam mały peleton prowadzony przez Martę Lach – obecną mistrzynię Polski. Spoglądam w tył, dostrzegam koszulki Arkea Samsic i Mazowsze Serce Polski.

Domyślam się, że to Łukasz Owsian i prawdopodobnie rosły Paweł Bernas z którym spotkałem się już w Hiszpanii, na Vuelcie. Droga do Wadowic prowadzi przez okoliczne pagórki na których ukryte są kolejne przysiółki wsi leżących przy głównej drodze krajowej. Kremówka na wadowickim rynku to pozycja obowiązkowa, tym razem jednak bez kawy, której tego poranka było stanowczo już zbyt dużo. Kolejne kilometry doprowadzają mnie do zbiornika wodnego w Świnnej Porębie i podjazdu, który w komoot został przez kogoś określony jako „ścianka 14%”.

Nie była to jednak krótka ścianka, a dość wymagająca długa wspinaczka, z nachyleniem które niejednokrotnie przekroczyło i 16%, choć uśredniając to te 14% wydaje się być wartością niezakłamaną. Po raz pierwszy dostałem solidnie w kość, choć i podjazd na Wielką Puszczę do najłatwiejszych przecież nie należy. Od tej pory korzystam z śladu, który stworzyłem na Race Through Poland i omijając drogi krajowe docieram do słynnego mostu w Naprawie. Nazywam to symboliczną bramą Gorców, które są z lewej strony, po prawej mam ośnieżoną Babią Górę, przed sobą zaś majestatyczne Tatry. I choć Wy zdecydowaliście inaczej, wiem że następny dzień zacznę od Podhala, by móc się im przyjrzeć bliżej.

Wprawdzie wjazd rowerem na Turbacz – najwyższy szczyt Gorców – jest możliwy, to ja (wiedząc z jakim bagażem jadę) – decyduję się na wybór dróg asfaltowych. Sprowadza się to do objechania Gorców wokół. Mijam znak na Zasadne i tylko przypominam sobie w pamięci ubiegłoroczny Maraton Północ-Południe i wspinaczkę na Wierch Młynne. Zresztą, kolejne wymagające i trudne ścianki prowadzące na osiedla Twarogi i Studzionki też oglądam tylko z boku.

Mój licznik i tak wyraźnie przekroczył tego dnia 3000 metrów w pionie, a dokładanie do pieca mogłoby się skończyć źle w dniach kolejnych. Moim ostatnim i najdłuższym podjazdem tego dnia jest wjazd na Przełęcz Knurowską. Ciągnie się ona przez kilkanaście kilometrów i jest niesamowicie nudna, choć przy widokach wokół wydawać by się mogło że jest inaczej. Korzystając z Velo Dunajec docieram do Nowego Targu gdzie zatrzymuję się na noc.

Podhalańskie klimaty, Pieniny i zaskakujący Beskid Mały

Niedzielny poranek wita mnie chłodem i ujemną temperaturą (sic!), która jednak z każdą minutą wzrasta i po wyruszeniu w drogę staje się znośna. Ten dzień zaczynam od poznania Szlaku Wokół Tatr, a konkretniej jego podhalańskiej części. Dobre drogi, sztywne podjazdy i spektakularne widoki – to jego znaki firmowe. W moim odczuciu – w przeciwieństwie do Velo Dunajec nie jest to szlak dla każdego. Trzeba mieć nieco pod nogą, albo odpowiednio naładowane baterie by móc się cieszyć w pełni z jego pokonywania.

Widok na ośnieżone Tatry jest bez wątpienia widokiem wspaniałym, zupełnie innym niż w wersji „letniej”. Mimo, że Tatry i Podhale znam dość dobrze, to nigdy nie widziałem naszych najwyższych gór w takiej scenerii. A warto, naprawdę. Zachwycanie się tymi krajobrazami odbiło się w czasie jazdy. 60 kilometrów do Niedzicy pokonywałem blisko 5 godzin. I nie dlatego, że było ciężko (choć też było), tylko dlatego, że co chwilę zatrzymywałem się by zrobić zdjęcia.

Przez Pieniny i Beskid Sądecki docieram do Piwnicznej Zdrój i Doliną Popradu zmierzam do celu drugiego dnia #RideAcrossPL – Beskidu Małego. Powietrze stało się nieznośnie gorące, a dyskomfort potęguje południowy wiatr, którego porywy stają się męczące. Zresztą ten będzie towarzyszył i przeszkadzał już do końca mojej wyprawy. Korzystam z kolejnych szlaków rowerowych, które są wyznaczone w tym rejonie: Velo Dunajec, EuroVelo 11, AquaVelo i VeloKrynica.

Z zakorkowanej Krynicy wyjeżdżam zakorkowaną w kierunku Nowego Sącza drogą, na szczęście szybko odbijając w prawo. Po kilku kilometrach leśnego zjazdu moim oczom ukazuje się Beskid Niski. Kolejne kilometry i mijane wsie zaskakują mnie ciszą i otaczającą zielenią. Przypominają mi się obrazy z Szwajcarii, którą właśnie za zieleń tak bardzo pokochałem. Jestem w sercu polskiej Łemkowszczyzny, dzień kończąc w Małastowie, u podnóża Magurskiego Parku Narodowego.

Łemkowszczyzna, wiatr i zabudowane Bieszczady

Drewniane chaty towarzyszyły mi cały kolejny dzień, podczas którego zmierzałem w Bieszczady. Silny wiatr, dochodzący w porywach do 100 km/h który hulał całą noc, zmusił mnie nieco do zmiany planów. Zamiast pierwotnej przeprawy przez góry, zdecydowałem pojechać nieco „objazdem”, przez Krosno i Sanok. Tam według prognoz miało wiać znacznie słabiej, a wiatr z każdą godziną miał być słabszy.

Okazało się to być bardzo dobrą decyzją, bo już kilka kilometrów po starcie, przeżyłem niebezpieczną sytuację, gdy wiatr dosłownie zepchnął mnie na przeciwny pas jezdni. Przez dobry kilometr dla własnego bezpieczeństwa prowadziłem rower, zmagając się z porywistym wiatrem. Im mniej było gór, wiatr stawał się spokojniejszy – zgodnie z prognozami. Minąłem Sanok i Zagórz wkraczając do Bieszczad.

Na ich pełną eksplorację nie mogłem sobie pozwolić, ale chciałem przynajmniej zobaczyć te Bieszczady, do których miałbym przyjechać rzucając wszystko. W Tarnawie Dolnej odbiłem z głównej drogi w lewo, zaczynając smakować czym są prawdziwe Bieszczady. Droga mozolnie pnie się w górę, w głębi lasu słychać pracujących legendarnych drwali. Mijam Kalnicę, Kielczawę, Mąkawę, docierając do Nadleśnictwa Baligród. Im bliżej jestem Jeziora Solińskiego, tym krajobrazy wokół częściej zakłócane są ingerencją „nowoczesnego świata”.

Domki letniskowe w moim odczuciu są tu budowane bez większego ładu i składu, a każdy skrawek ziemi – z ładnym widokiem czy nie – gospodarowany jest tak by upchnąć jak najwięcej budynków. Co z tego, że burzy to panującą harmonię, grunt że biznes się kręci i kasa się zgadza. Od niektórych pomysłów architektów wprost bolą oczy. Mają się one nijak do otaczającego krajobrazu.

Dlatego hasło „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” zupełnie do mnie nie przemówiło. Zdecydowanie bardziej wolałbym zaszyć się w Beskidzie Niskim, gdzie znalezienie sklepu było już nie lada wyzwaniem, a zasięg sieci komórkowej często zanikał. To było idealne miejsce, by rzucić wszystko i wyjechać.

Słońce przedzierające się przez zasunięte żaluzje nie pozwoliło mi spać dłużej niż do 5:00 rano. Soczyście błękitne niebo zachęcało do jazdy, choć nogi zaczynały dawać pierwsze oznaki zmęczenia. Ale to przyjemne uczucie. Taki ból-nie ból, który po kilku pociągnięciach korbą mija. Zostaje tylko czysta przyjemność jazdy. Mimo bezchmurnego nieba, wcale nie jest komfortowo. To pierwszy poranek tej wyprawy, kiedy zaczynam jazdę bez żadnej dodatkowej warstwy – zupełnie na krótko. O taką wiosnę walczyłem – uśmiecham się do siebie w duchu.

Góry Słonne i Dolina Sanu

Mijam Lesko i po chwili odbijam w prawo, podążając przez Góry Słonne na północ. Wjeżdżam na drogę krajową nr 28. Towarzyszy mi ona mniej lub bardziej od samego początku podróży. Ale w przeciwieństwie do fragmentów w okolicach Wadowic, Mszany, czy nawet Krosna tu o dziwo jest bardzo spokojnie. Przyjemnie kontempluję otaczające mnie widoki podjeżdżając szerokim asfaltem na Przełęcz Przysłup. Jeszcze jedno spojrzenie na Bieszczady i zaczynam zjazd ku Nizinom. Na chwilę zatrzymuję się w Birczy.

Nie bez powodu, bo wedle wszelkich źródeł jest to prywatna wieś rodowa Bireckich. Tak, moje nazwisko ma pochodzenie szlacheckie i wedle wszelkich źródeł ma swoje początki gdzieś w XIV wieku, gdy w Birczy osiedli rycerze herbu Gozdawa. I choć paradoksalnie żaden Birecki zamieszkujący te rejony nie jest moją „bliską” rodziną, to jakieś konotacje – mniejsze lub większe – ze sobą mamy.

Podążając doliną rzeki Stupnicy docieram ponownie do Sanu, z którym rozstałem się wjeżdżając w Góry Słonne. Od teraz co jakiś czas będę przecinał również Szlak Green Velo, który na Podkarpaciu wydaje się być zdecydowanie przyjemniejszy niż ten który mam w pamięci z ubiegłorocznej podróży po Warmii. Na imponującym moście rowerowym w Bachowie odczytuję wiadomość od znajomego: „jak najwięcej ścianek, co by Ci łydę wytopiło”. Dość nieopatrznie odpisuję, że „koniec ze ściankami, teraz Płaskopolska”.

I dość szybko za te słowa jestem skarcony, bo wprawdzie wzdłuż Sanu gór wielkich nie ma, ale nie oznacza to, że ścianki się skończyły. Krótkie, lecz sztywne podjazdy towarzyszą mi w zasadzie do samego Jarosławia. Od tej pory faktycznie mam wokół płaską Polskę, a dość mocny wiatr wiejący z południowego-wschodu przyjemnie pozwala się rozpędzić w okolice 40 km/h. Dość żwawe – w porównaniu z wcześniejszymi dniami – tempo pozwala mi dość szybko znaleźć się w Sandomierzu.

Miasto kojarzone głównie z pewnym serialem – bądź co bądź z motywem rowerowym – zbudowane zostało na siedmiu wzgórzach i te wzniesienia, na które często prowadzą brukowane ulice da się odczuć w nogach. A mnie zawsze zastanawiało, dlaczego ten serialowy ksiądz na szklanym ekranie tylko zjeżdża na tym rowerze. Gdybym był turystą, to pewnie spędziłbym tutaj zdecydowanie więcej czasu, bo w zasadzie na każdym kroku się coś dzieje i jest co oglądać. Chyba nie przez przypadek jest nazywane Małym Rzymem.

Wcale nie tak płasko – Góry Świętokrzyskie

Kolejny poranek wita mnie ponownie rozgrzewającym słońcem i wciąż jeszcze rześkim powietrzem, aczkolwiek czuć już pewną parność. Po opuszczeniu zakorkowanego o poranku Sandomierza uciekam na boczne, wiejskie drogi, które wiją się wzdłuż rozkwitających sadów i złocistych pól rzepaku. Każdy chyba czeka na ten moment roku, gdy to rzepakowe kwiaty ubarwiają otaczającą scenerię. W tym roku przyszło nam czekać na ten wyjątkowo niesamowity czas nieco dłużej. No ale było warto, jak zawsze.

Kolejne pagórki zbliżają mnie do Gór Świętokrzyskich, które były moim celem tego dnia – zgodnie z Waszymi głosami. Podjazd na Święty Krzyż jest przyjemną wspinaczką, pozbawioną ruchu samochodowego. Mimo, że nie ma jeszcze południa i jest środek tygodnia po drodze mijam sporo kolarzy, którzy postanowili ten dzień umilić w podobny sposób.

Kolejne kilometry są mi już znane, bo pokonywałem je kilka miesięcy wcześniej podczas Maratonu Północ-Południe – z tym że w drugą stronę. Święta Katarzyna tym razem jest wyjątkowo pusta. Zjeżdżając do Bodzentyna słyszę ulatujące z opon powietrze. Jak to zwykle bywa, gumę złapałem na równej asfaltowej powierzchni, a dętka Tubolito poległa na zwykłym świerkowym kolcu, dodam że niespecjalnie dużym. Za Bodzentynem, mając w pamięci ruch podczas wspomnianego MPP, odbijam w lewo – omijając DW 791 – i zaliczam przy okazji kolejny podjazd – na Bukową Górę. I tak oto zupełnie niespodziewanie zaliczam kolejny raz podczas tej wyprawy 2000 metrów w pionie.

Na drodze przez Suchedniów do Skarżyska-Kamiennej zgodnie z przewidywaniami panuje duży tłok. Wybrałem ją dlatego, że mylnie skojarzyło mi się, że przy trasie znajdę MOR Green Velo i stacjonarną pompkę, by móc nabić łatwiej więcej niż 2,5 bara do opon. MOR’u nie było, za to zaczął dokuczać wiatr, którego intensywność wzrosła na tyle, że jazda zaczęła być mocno frustrująca. Dość dodać, że przejechanie kolejnych 50 kilometrów do Jedlni zajęło mi ponad 3 godziny. Były momenty niebezpieczne, gdy wiatr wręcz przestawiał mi rower na przeciwległą stronę jezdni, a prędkość nie przekraczała 15 km/h. Na szczęście wciąż dopisywała pogoda, choć w dużej części kraju w tym samym czasie było już dużo deszczu.

Wypić kawę w kolarskiej kawiarni

Góra Kalwaria to szczególne miejsce na kolarskiej mapie Polski, choć na to miano zasłużyło sobie dopiero w ostatnich kilku latach. Każdego dnia rzesze kolarzy ze Stolicy przez Wilanów i legendarne Gassy przemierzają do tej miejscowości, by w małej kawiarni na rogu wypić kawę, przegryzając ją najlepiej kawałkiem wybornego ciasta. Góra Kawiarnia to jedyne takie miejsce w naszym kraju, tak silnie związane ze społecznością kolarską. Na ścianie budynku w której Góra Kawiarnia się znajduje namalowano okazały mural z bohaterem naszych rodziców – Ryszardem Szurkowskim. Od niedawna – na budynku obok – towarzyszy mu bohater naszych czasów, Michał Kwiatkowski. Góra Kalwaria musiała więc się znaleźć na trasie mojej wyprawy.

Ostatni dzień swojej krótkiej – bądź, co bądź – wyprawy rozpocząłem szutrowym przejazdem przez Kozienicki Park Krajobrazowy. Leśny krajobraz szybko zmienił się w jabłoniowe sady doprowadzając mnie do Góry Kawiarni. Duże Americano dostatecznie obudziło mnie by ruszyć w dalszą drogę do Warszawy. Pod Gassami spotykam się z Marcinem, twórcą odzieżowej marki AM Cycling. W normalnych czasach w tamtym momencie pewnie siedzielibyśmy w Ożarach dzieląc się wrażeniami z przejechania Race Through Poland. A tymczasem jechaliśmy klasyczną rundą na warszawski Wilanów. Znanymi sobie już drogami, przez Bulwary Wiślane dotarłem na stację Warszawa Wschodnia i wchodząc do Pendolino zakończyłem swoją majową wyprawę po Polsce, której do tej pory nie znałem.


Polska jest piękna

6 dni i 1 180 kilometrów. Blisko 13 000 metrów pokonanych pod górę. Liczby potrafią dotrzeć najprościej do świadomości czytelnika, dlatego Wam je podaję. Ale nie, to nie było nic nadzwyczajnego. To nie był wysiłek ponadnormatywny. Ot, po prostu zwykła rowerowa przygoda. Nie zrozum mnie źle – dla Ciebie z dużym prawdopodobieństwem sądzę, że pewnie jest to wynik imponujący. I słusznie, bo nie jest to wcale mało. Ale dla mnie to była tylko namiastka tego, co w tym samym okresie miałem przeżyć i przejechać na Race Through Poland, a także co zamierzam przejechać już wkrótce.

Ta wyprawa, podobnie jak ubiegłoroczna eksploracja północy naszego kraju, utwierdziła mnie w przekonaniu że nie musimy wcale daleko wyjeżdżać by posmakować wspaniałych krajobrazów, ciszy i spokoju, by poczuć oddech od codziennych trosk i zmartwień. Nie potrzeba nam egipskich piasków, ani słońca Zanzibaru. Nie potrzeba gór Teneryfy i podjazdów Costa Blanca. Jasne, każdy chce poznać świat i doświadczyć czegoś co nieznane. Zaraz pewnie otworzą nam granice i ruszymy w długie i dłuższe podróże. Sam pewnie będę to robił. Ale dzięki #RideAcrossPL przekonałem się, że wcale nie trzeba daleko jechać. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć jak pięknie mamy tuż za rogiem. U nas, w Polsce!

Zdjęcie
Zdjęcie
Zdjęcie
Zdjęcie
Zdjęcie
← Powrót do listy wpisów