Strona główna Trasy O nas Sklep Blog Współpraca NARZĘDZIA ROWERZYSTY Koszyk Kontakt
Wyprawy długodystansowe / 01.09.2019

Chcieć to móc - wyprawa przez Europę z Wrocławia na Pico de Veleta w 15 dni

Chcieć to móc - wyprawa przez Europę z Wrocławia na Pico de Veleta w 15 dni

– Czy masz marzenia? – ostatnio ktoś zadał mi to pytanie i szczerze mówiąc nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć. Że nie mam? Przecież każdy z nas je ma. Że nazywam je swoimi celami, kamieniami milowymi. Że pozwalają mi każdego dnia wstawać silniejszym. Marzenia definiowane przez typowego człowieka często odbiegają od definicji którą ja wykorzystuję. Większość z nas traktuje marzenia jako coś nierealnego, coś będącego poza zasięgiem i możliwościami. Stąpam twardo po ziemi, patrząc w przyszłość racjonalnie i realistycznie, dlatego moje marzenia są jednocześnie celami, które konsekwentnie staram się realizować.

Passo dello Stelvio jest jedną z najbardziej popularnych i najbardziej pożądanych przez kolarzy amatorów. Każdego dnia setki, ba, tysiące miłośników dwóch kółek wspinają się odliczając kolejne zakręty zbliżające ich do upragnionego celu. Ja na spełnienie marzenia o włoskiej Cima Coppi czekałem pięć lat. Ubiegłego lata, w ostatni dzień lipca, przy bezchmurnym niebie i bezwietrznej pogodzie osiągnąłem szczyt przełęczy, który stał się dla mnie początkiem czegoś nowego. Wówczas jeszcze nieśmiało w mojej głowie pojawiła się myśl o wyjechaniu na rowerze wyżej, znacznie wyżej.

Wielu pomysłom, które przetwarzał mój mózg brakowało wspólnego spójnika łączącego je w całość. Inspiracją stała się dla mnie Miłka Raulin i jej projekt „Siła marzeń”. Przez ostatnie lata i kolejne realizowane wyzwania zdałem sobie sprawę, że nasze życie jest zbyt krótkie i zbyt kruche, by przeżywać każdy jego dzień byle jak. Tak zrodził się pomysł Kolarskiej Korony Ziemi. Pomysł szalony z perspektywy większości czytających ten tekst. I szczerze Wam przyznam, że wielokrotnie sam o nim tak myślę. Do jego realizacji napędza mnie fakt, że jest to projekt będący deklaracją długoterminową – bez konkretnej daty realizacji. Projekt wymagający sporo determinacji, oraz ciężkiej i żmudnej pracy.

Pierwszym szczytem do zdobycia miał być znajdujący się w hiszpańskiej Sierra Nevada Pico de Veleta. Kilka ostatnich miesięcy poświęciłem przygotowując się do realizacji tego wyzwania. Zamierzałem pokonać trasę z Wrocławia do Hiszpanii na rowerze, przejeżdżając codziennie około 200 kilometrów. Wszystko, czego się podejmuję jest poprzedzone racjonalną oceną moich możliwości i predyspozycji. Wiedziałem, że to co sobie założyłem jest w moim zasięgu. Połączyłem dwa punkty, a system komputerowy sam wyznaczył trasę. Nie ingerowałem w nią – poza dołączeniem Mont Ventoux. Chciałem odkryć Europę bez wcześniejszego researchu, zdając się na los.

No to jadę

15 sierpnia, wraz z wschodzącym słońcem wyruszyłem by zmierzyć się ze swoimi marzeniami. Rześki poranek dodawał energii, dzięki czemu po czterech godzinach jazdy znalazłem się na granicy polsko-czeskiej. Teraz już nie ma odwrotu – pomyślałem – opuszczając ojczysty kraj. Zaczynam po mocno zatłoczonych, głównych czeskich drogach, co stanowczo nie jest komfortowe. Czesi 15 sierpnia nie świętują niczego, jest to dla nich normalny dzień pracy. Kolejne kilometry męczą, dlatego z radością zjechałem w końcu – zgodnie z przygotowanym śladem – na boczne drogi. Te, choć niekoniecznie równe, pozwoliły nieco odetchnąć.

Po kilkunastu godzinach od startu i ponad 270 kilometrach w nogach docieram do Pragi. Czeskiej stolicy jednak nie zwiedzam – to zamierzam uczynić dopiero następnego poranka. Skupiam się na poszukiwaniu noclegu. Po kilku nieudanych próbach znajduję hostel w którym spędzam pierwszą, krótką noc swojego wyzwania.

Po kilku godzinach snu, szybko zbieram swoje manatki, jem szybkie śniadanie i jadę zobaczyć Pragę. Być może to dziwne, ale jako miłośnik Czech i tamtejszych północnych pasm górskich w stolicy tego kraju jestem po raz pierwszy. Wjeżdżam na Starówkę, odwiedzam słynny most Karola, przejechałem po Hradczanach i ruszyłem w kierunku wyjazdu z miasta. Długi podjazd – choć niespecjalnie stromy i wymagający – ciągnął się w nieskończoność. Do tego z nieba zaczęło kropić i był to pierwszy sygnał tego, co miało nastąpić kilka godzin później.

Deszczowa piosenka

W zasadzie od samego wyjazdu z Pragi towarzyszyły mi już mokre drogi, przez co trzeba było zwiększyć koncentrację i czujność. Przelotny deszcz nie jest na tyle silny, by móc mnie zatrzymać. Aż do okolic Pilzna. Widzę przed sobą ciemny pas chmur, ewidentnie burzowych, przed którymi nie ma ucieczki. Cisnę, ile sił w nogach, by zdążyć przed kulminacyjną ulewą dotrzeć do jakiejkolwiek miejscowości. W końcu zaczyna intensywnie padać, a ja chowam się w typowej czeskiej „Zastavce”, spędzając tam kolejne dwie godziny.

Gdy przestało już intensywnie padać, ruszam na południe, chcąc przed zachodem słońca wydostać się przynajmniej z Czech. Już wiem, że kemping obrany rano za cel jest już poza moim zasięgiem. Najpewniej noc zastanie mnie, gdy będę przemierzał park narodowy, a to determinuje poszukiwanie kolejnego noclegu. W Nyrsku robię obfite zakupy pozbywając się wszystkich koron i ruszam w kierunku granicznej przełęczy. Po kilkudziesięciu minutach wspinaczki żegnam Czechy łykiem Kofoli i udaję się do uzdrowiskowej miejscowości Lam, gdzie spędzam kolejną noc.

Po obfitym śniadaniu na którym nie żałuję sobie niczego, ruszam walczyć z kolejnymi sztywnymi podjazdami północnej Bawarii. A tych nie brakuje. Komoot – w którym stworzyłem ślad, zadbał o to bym się nie nudził. Już po kilkunastu kilometrach od startu czekał na mnie sztywny kilometr z nachyleniem zbliżającym się do 20%. Podjechanie go w normalnych warunkach jest już nie lada sztuką, a co dopiero mając 20 kg obciążenia pod siodełkiem…

Mleko się wylało

Kilkadziesiąt kilometrów później docieram do Dunaju, którego brzeg będzie mi towarzyszył przez najbliższe dwa dni. Idealne asfalty usypiają moją koncentrację. Po 15:00 znów zaczyna przelotnie padać. Mokre drogi i panująca szarówka sprawiają, że nie dostrzegam rozbitego szkła. Wjeżdżam z impetem, a jeden z elementów wbija się w tylną oponę. Mleko tryska jak zwariowane, a ja po kilkudziesięciu sekundach wiem już, że to koniec bezdętkowego komfortu jazdy – przynajmniej dla tylnej opony. Dziura jest zbyt duża, by biały płyn był w stanie ją załatać. Demontaż, czyszczenie opony i nałożenie dętki zajmują mi bez mała kilkadziesiąt minut.

Słońce powoli chowa się za widnokręgiem, zmuszając mnie do włączenia lampek. Kilkanaście kilometrów dalej odnajduję camping na który zamierzam się udać, ustawiam adres w systemie map Google i zdaję się na elektronicznego przewodnika. Nie wiem jednak, że ten będzie mnie prowadził środkiem lasu i przez tamę… na którą był zakaz wstępu. Zdeterminowany jak najszybszym rozbiciem obozu, ignoruję go i po kilkunastu minutach walki z błotem, piaskami i kałużami docieram do celu. Szybko rozbijam namiot i kładę się spać. Następnego dnia zamierzam rozpocząć wcześnie. Bardzo wcześnie.

Sen nie przychodzi łatwo. Campingowi sąsiedzi rowerowi z wielkimi emocjami do późnej nocy opowiadają najpewniej o swoich przeżyciach tego dnia. W oddali słychać niespecjalnie miłą moim uszom muzykę techno, przerywaną co jakiś czas wystrzałem fajerwerków. To jakaś nowa niemiecka tradycja? Zastanawiam się w duchu, próbując zasnąć i nabrać sił przed kolejnym wyczerpującym dniem.

Po przespaniu kilku godzin niespokojny organizm sam dał sygnał do pobudki. Gdy wokół panowała błoga cisza, ja rozpocząłem suszenie i pakowanie. Na skraju campingu rozpaliłem mały ogień, zagrzałem wodę na kawę. Bez niej nie ma jazdy. Szybkie śniadanie z puszki – choć z niemieckich półek sklepowych – nie przypadło mi do gustu. Wraz z wschodzącym słońcem opuszczam Eggelstetten. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki zapowiada bardzo pogodny dzień, ale nie słońce a wiatr – który ma wiać od zachodu – będzie tego dnia większym problemem. Jazda pod wiatr to dla mnie najgorszy element kolarskiego żywota.

W dodatku jest niedziela, a jedyne miejscem schronienia przed naturą mogą być stacje benzynowe. Mijam sporo małych miejscowości, w których urzekające starówki każą tam zatrzymać się choćby na chwilę. Niemcy to kraj specyficzny, w którym chce się przebywać. Wszechobecny porządek, ład i równe drogi – bardzo równe drogi – to wizytówki, które odróżniają ten kraj od pozostałych europejskich sąsiadów. Na wielokilometrowych ścieżkach przeznaczonych tylko dla rowerów mijam setki jednośladów – głównie elektrycznych na których siedzą i kręcą osoby w różnym wieku. Od kilkuletnich maluchów po emerytów. Dla każdego jest to doskonały sposób spędzenia wolnego czasu.

Z każdym kolejnym kilometrem zbliżam się do granicy. Granicy na którą czekam i którą z niecierpliwością chcę przekroczyć. Za Rielasingen-Worblingen i przejechaniem kilkukilometrowej przełęczy z sztywnym podjazdem w końcu jest. Szwajcaria. Kraj, który ubiegłego lata urzekł mnie na tyle, że tegorocznego wyzwania nie wyobrażałem sobie bez odwiedzenia go.

Docieram do urokliwej Szafuzy, gdzie oprócz wspaniałych zabytków zachwycają wodospady nad Renem. Rheeinfall jest największym wodospadem pod względem przepływu wody w Europie, który z hukiem opada 23-metrową kaskadą dając niesamowite odczucia. To zdecydowanie najciekawsza dotychczasowa niespodzianka na mojej trasie, o której nie miałem pojęcia. Ukształtowanie granicy sprawia, że noc spędzam jeszcze w Niemczech, ale mogąc już podziwiać w oddali majaczące szczyty Alp. Po czterech dniach podróży z Wrocławia. Czy to nie jest wspaniałe?

Zielona Szwajcaria

Po burzliwej nocy i dość ciężkiej niedzieli w dalszą podróż wyruszam nieco później, bo grubo po 8:00 rano. Mijając kolejne szwajcarskie wsie tylko utwierdzam się w swoim przekonaniu, że to jedno z najwspanialszych miejsc w jakich do tej pory mogłem kręcić na rowerze. Wspaniała architektura szwajcarskiej wsi, prawdziwie zielona trawa i dzwonki, których dźwięk słychać wszędzie. Szwajcaria urzeka mnie w całości, a widok gór nad którymi cały dzień wiszą gęste chmury dopełnia całości. Te chmury w końcu dadzą o sobie znać, zmuszając mnie do zmiany planów, która okaże się jedną z lepszych decyzji w trakcie całego wyjazdu.

Około 16:00 dopada mnie pierwsza wielka ulewa zmuszająca do dłuższej przerwy. Już wiem, że dotarcie nad jezioro Neuchatel może być trudne. Z każdą kolejną minutą jestem bliższy decyzji zmiany planów, aż w końcu ustawiam nawigację na Berno – będące oficjalną stolicą Szwajcarii i kantonu o tej samej nazwie. 40 kilometrów pokonuję w mniej więcej cztery godziny, jeszcze trzykrotnie uciekając przed kolejnymi ulewnymi deszczami. Melduję się w hostelu usytuowanym na zabytkowym Starym Mieście. Średniowieczne kamieniczki zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Już bez roweru ruszam na szybkie zwiedzanie miasta. Mijam kolejne uliczki docierając do najdłuższego pasażu handlowego w Europie. Ekskluzywne butiki najdroższych marek ciągną się pod arkadami zabytkowych kamienic przez ponad 6 kilometrów.

Rychło nadchodzący zmierzch nie pozwala na długi spacer i zmusza by wrócić do hostelu. Wiem jednak, że do Berna wrócę by tymi uliczkami i zakamarkami móc się zachwycać dłużej, zdecydowanie dłużej. Kładę się spać, wiedząc że kolejny dzień będzie trudny, bardzo trudny. Prognozy pogody są bezwzględne. Ma lać cały dzień, co martwi mnie głównie ze względu na ograniczone możliwości oglądania wspaniałych szwajcarskich krajobrazów. Nie wiem jeszcze, że zmusi mnie do drobnej modyfikacji planów.

Celebrując śniadanie spoglądam za okno, które jeszcze ani trochę nie zapowiada tego, co nastąpi już kilka chwil później. Wprawdzie po deszczowej nocy jest dość mokro, ale nie pada – jest względnie ciepło i z nadzieją spoglądam na kolejne godziny kręcenia. Natura brutalnie weryfikuje moje oczekiwania jeszcze przed opuszczeniem Berna. Po 15 kilometrach mam już w butach „basen”, po 30 kilometrach muszę zatrzymać się i założyć dodatkowe warstwy, bo robi się najzwyczajniej zimno.

Rękawki, nogawki, gruba potówka i kamizelka pozwalają na utrzymanie względnego komfortu termicznego w temperaturze, która spadła poniżej 10 stopni Celcjusza. Na stacji benzynowej biorę jeszcze spory zapas jednorazowych rękawiczek, które mają pozwolić zachować względnie suche dłonie w tych deszczowych warunkach (taki patent podchwycony na Race Through Poland).

Jadę ostrożnie, z pełną koncentracją, aby w tych warunkach zminimalizować ryzyko jakiegoś głupiego defektu. Z każdym kolejnym kilometrem deszcz wzmaga swoją intensywność. Co chwilę, z częstotliwością 2-3 kilometrów muszę się zatrzymywać, by wykręcać przemoczone („wodoodporne”) rękawice. Przed Lozanną na okolicznych wzniesieniach temperatura spada poniżej 5 stopni. Jest przenikliwie zimno, a moje dłonie zaczynają wykazywać problemy, które zmusiły mnie do rezygnacji z udziału w RTP. Kolejne strome zjazdy w samej Lozannie powodują, że zaczynam tracić czucie w prawej dłoni. Jest źle. Nie mając już odpowiednich środków na nawet najtańszy nocleg w hostelu, zaczynam rozglądać się za torami kolejowymi w poszukiwaniu stacji. Wiem, że muszę się przedostać do Genewy, a stamtąd szybko przekroczyć granicę i wjechać do Francji.

Wsiąść do pociągu… opóźnionego

Na szczęście podróż szwajcarską koleją nie kosztuje mnie ani grosza – płacę jedynie za rower. Wszystko za sprawą biletów FIP – Europejskiej organizacji zrzeszającej przewoźników kolejowych do której należy także PKP. Jako kolejarz mam prawo do skorzystania raz w roku z takich biletów. Co ciekawe, pociąg relacji Zurych-Genewa do którego wsiadam jest… opóźniony. Szwajcaria znana jest z przyjeżdżających i odjeżdżających o czasie pociągów. Ale ta drobna „obsuwa” czasowa nie była winą Szwajcarów. 5 minut opóźnienia wynikało z konieczności skomunikowania z pociągiem relacji Wiedeń-Zurych, który był opóźniony ze względu na wcześniejsze opóźnienie składu… Berlin-Wrocław-Wiedeń.

Jestem zmuszony do modyfikacji planów, ale wiem że jazda do Genewy przy tak intensywnym deszczu mogłaby spowodować definitywne przerwanie realizacji projektu. Problemy z prawą dłonią będą mi zresztą już towarzyszyć do samej Hiszpanii. Wysiadając na stacji Corvinian w Genewie czeka mnie jeszcze kilkanaście kilometrów jazdy w kierunku francuskiego Saint-Genis-Poulilly. Przekraczając granicę deszcz ustaje, a promienie słoneczne tworzą wspaniały krajobraz na górujących wzgórzach Jury.

Mityczna Góra

Dwa deszczowe dni szybko ochłodziły górskie, alpejskie powietrze, dlatego pierwszy poranek na francuskiej ziemi przywitał mnie zimnem. Temperatura wynosiła grubo poniżej 5 stopni Celcjusza i nawet przebijające się przez odchodzące na północ chmury słońce nie było w stanie tego zmienić. Pierwszy raz podczas wyprawy korzystam z trzech warstw odzieży.

Przemierzając kolejne kilometry w głąb Alp Rodanu mijam setki aut kierujących się w kierunku Genewy. Mieszkać we Francji, pracować w Szwajcarii, mogąc codziennie zachwycać się wspaniałym górskim krajobrazem. Dla wielu z tych mijanych osób to marzenie stało się rzeczywistością. A mi, cóż… pozostało kręcić dalej. Kolejne pagórki na zmianę: rozgrzewają mnie jadąc pod górę i wyziębiają przy zjeżdżaniu w dół. Coraz bardziej błękitne niebo daje nadzieję, że dzisiejszy dzień w końcu będzie bez deszczu. W dodatku mogę zachwycać się całą panoramą wysokich Alp.

Wieczorem melduję się na campingu usytuowanym przy brzegu Rodanu, kilkanaście kilometrów za miejscowością Valence. Na miejscu spotykam sporą grupkę rowerowych turystów, w tym rodzinę z Drezna, którzy z zaciekawieniem i niedowierzaniem słuchali o moich dotychczasowych przygodach i przemierzonych kilometrach. Z każdą kolejną minutą wiatr zamiast cichnąć wzmagał na sile. – „To tutaj normalne” – usłyszałem w recepcji. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, że jestem już w dolinie, która zaprowadzi mnie do pierwszego celu mojej wyprawy – wietrznego Mont Ventoux.

Silne podmuchy i świadomość tego, co się miało wydarzyć dnia następnego sprawiły, że ta noc była bardzo krótka. Obudziłem się około 4:00 rano, gdy wokół panowała błoga cisza. Wiatr szybko wysuszył śpiwór i wnętrze namiotu, dzięki czemu mogłem wyruszyć w dalszą drogę jeszcze przed wschodem słońca. Błękitne niebo ani trochę nie wskazywało, że tego dnia coś może zakłócić mój plan podróży. Z każdym kilometrem zbliżania się go Góry Wiatrów serce biło mocniej, a gdy w końcu ujrzałem za którymś pagórkiem górujący szczyt z charakterystyczną telewizyjną wieżą nogi zaczęły mi mięknąć.

Na górę wjeżdżam od strony Malaucène która jest mniej popularny i teoretycznie nieco łatwiejszy. Ale to tylko teoria, ponieważ okazał się on niezwykle ciężkim wyzwaniem. Wprawdzie ponad 21 kilometrów miało średnie nachylenie 7,4%, to kilka fragmentów (głównie pomiędzy 7. a 13. kilometrem) dało solidnie w kość.

Im byłem wyżej, tym więcej chmur zbierało się nad szczytem, jednak z perspektywy podjazdu nie stanowiły żadnego zagrożenia. Mniej więcej kilometr przed szczytem usłyszałem pierwsze oznaki zbliżającej się burzy. Sam jadący ten fragment wraz ze mną zdążył zrobić mi jeszcze zdjęcie, schowałem aparat, wyciągając jednocześnie profilaktycznie wiatrówkę.

Zdjęcie Zdjęcie

Kilka chwil później zaczęło padać. Dość mocno i obficie, przez co po kilkudziesięciu sekundach byłem już cały przemoczony. Przed ostatnim zakrętem deszcz zamienił się w sporej wielkości grad, a ja nie zważając na nic, cisnąłem ile sił w nogach by jak najszybciej znaleźć się na szczycie. Mały sklepik był już pełen innych zaskoczonych kolarzy, oparłem tylko rower o ścianę i szybko schowałem się do środka. Burza dopiero się rozkręcała. Pioruny waliły w znajdującą się nad nami wieżę jeden za drugim, a każde drżenie ścian pogłębiało tylko strach i lęk. Takiej burzy w życiu jeszcze nie przeżyłem.

Dokładnie w tym samym czasie rozgrywał się dramat na tatrzańskim Giewoncie. Nie wiedziałbym nic o nim, gdyby nie telefon od zaniepokojonej mamy, która nie mogła się dodzwonić do siostry, która… w tym czasie spacerowała po słowackiej części Tatr. Wyobraźcie sobie co musiała czuć, gdy powiedziałem jej, że jestem w środku potężnej burzy na Olbrzymie Prowansji, bez żadnej możliwości ucieczki stamtąd…

Po kilkudziesięciu minutach intensywnej ulewy pogoda w końcu się uspokoiła, ale zrobiło się przenikliwie zimno. Gdy włączyłem Wahoo dostrzegłem raptem 2 stopnie Celcjusza. Ubrałem wyciągnięte w pośpiechu z toreb kolejne warstwy odzieży, łącznie z zimową czapką i rękawicami. Zdążyłem zrobić jeszcze pamiątkowe zdjęcie na szczycie i zacząłem ostrożny zjazd w dół. Z każdym kilometrem asfalt był bardziej suchy, a w samym Bedoin miałem wrażenie że deszcz nawet nie dotarł. Tam też temperatura wynosiła już ponad 30 stopni i wszystkie warstwy trzeba było z siebie ponownie zrzucić.

Warto poświęcić dwa słowa dla miejscowości okalających Mont Ventoux. Zarówno Malaucène jak i Bedoin, to miejsca w których kolarze są mile widziani. Większość witryn sklepowych wypełniają wspaniałe karbonowe rumaki, najdroższe i najlepsze kolarskie ciuchy (drogie aczkolwiek niespecjalnie dobre z kiepską grafiką miejsca w którym jesteśmy też były), przez wszelkie akcesoria, jak kaski, okulary, lampki i wszystko czego dusza zapragnie. Sporo sklepów to stanowiska firmowe znanych marek.

Spoglądając jeszcze za siebie dostrzegam nad Górą Wiatrów kolejne gęste chmury, które chwilę później przyniosły jeszcze bardziej intensywną burzę, o której wspomniano nawet w wieczornych wiadomościach którejś z francuskich stacji telewizyjnych. Tego dnia docieram do przedmieść Awinionu. Czuć już śródziemnomorski klimat i gęste, duszne powietrze które miało być zapowiedzią kolejnego tygodnia mojego wyzwania.

W kierunku Hiszpanii

Kolejny dzień rozpoczynam od zwiedzania Awinionu, który podobnie jak wcześniej Berno jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest dawną siedzibą papieży, którzy rezydowali tutaj w XIV wieku. Pałac papieski wraz murami obronnymi jest największym zamkiem obronnym w Europie. Za Montpellier odkrywam kolejne niesamowite miejsce. Pézenas to miejsce urodzenia Moliera i siedziba jego teatru, ale przede wszystkim wspaniała, historyczna starówka, która jest jak wyciągnięta z jakiegoś filmu. Bardzo dobrze zachowane centrum, z brukowanymi uliczkami pozwala przenieść się do mieszczańskiej Francji XVI wieku.

Spośród winorośli rosnących na licznych pagórkach w pewnym momencie wyłaniają się kolejne góry. Pireneje. To cudowne uczucie budzić się mając za oknem widok alpejskiego Mont Ventoux, a zasypiać zachwycając się kolejnym wspaniałym pasmem górskim. Dzień kończę na campingu w pobliżu Narbony, wiedząc że następnego dnia wjadę do ostatniego państwa podczas swojego wyzwania.

Śródziemnomorski klimat Langwedocji dał o sobie znać ostatniej mojej nocy we Francji, która była jedną z najcieplejszych podczas całego wyjazdu. W zasadzie to namiot mógł być na tą noc w ogóle nie rozkładany – było tak ciepło i przyjemnie, że można było spędzić ją naprawdę pod gołym niebem. Wysoka temperatura nie pozwoliła też na zbyt długi sen. Znów wyruszam przed wstającym słońcem.

Jadę wzdłuż kolejnych winnic, tak charakterystycznych dla całego regionu Langwedocji, które prowadzą mnie aż Le Boulou, ostatniej przed Pirenejami i granicą miejscowości we Francji. Robię ostatnie zakupy przed kilkunastokilometrową przełęczą. Nie jest ona za bardzo wymagająca, ale multum samochodów, które mnie mijają wymagają dodatkowej uwagi i skupienia. W to sobotnie przedpołudnie jest ich wyjątkowo dużo.

Hiszpania. Ostatni kraj mojej wyprawy osiągnięty. Ale do celu wciąż mam jeszcze daleko. Zbyt daleko, żeby już o nim myśleć. Póki co muszę się skupić na coraz mocniejszym, gorącym wietrze, który z każdym kilometrem daje się coraz silniej we znaki. W dodatku jest nieznośnie gorąco, a to dziwne powietrze dość szybko wyczerpuje moje baterie. Zatrzymuję się w Figueres, by uzupełnić puste bidony, a ponad 2 litry płynu wystarczają raptem na 40 kilometrów trasy. W Gironie zmuszony jestem do kolejnego postoju.

To dla mnie dziwne doświadczenie, bo jestem z tych „niepijących”. Tego dnia docieram do wybrzeża, które będę przemierzał przez kilka najbliższych dni. Zakorkowany wjazd do Lloret de Mar, będącego jednym z popularniejszych miejsc na Costa Brava odwiedzanych przez rodaków. Na licznych parkingach co chwilę natykałem się na polskie tablice rejestracyjne. Zamierzam kolejną noc spędzić na campingu, ale nie spodziewam się, że w kolejnych recepcjach usłyszę „oferty nie do odrzucenia”. Pod Narboną za camping o standardzie 4* (czyli z basenem, prywatnym WC i prysznicem, oraz innymi atrakcjami) zapłaciłem 10,55 euro. To była przyzwoita cena, której podwojenia spodziewałem się na hiszpańskim wybrzeżu.

Jednak kwoty, jakie usłyszałem w okolicach Blanes okazały się zbyt zaporowe. Wśród nich najniższa wynosiła 42 euro. Uznałem, że to gruba przesada za kawałek trawy, w szczególności że za niewiele więcej można mieć pokój w hostalu (nie mylić z hotelem i hostelem – to rodzaj kwater prywatnych, ale bardziej przypominających jednak standardowe hotele). Wybór był prosty. A poza tym pozwolił zaoszczędzić około 2 godziny, które musiałbym poświęcić na pakowanie. Dzięki temu kolejnego dnia mogę pospać dłużej i znów wyprzedzić złocistą tarczę słońca.

Droga do Barcelony to jedno wielkie miasto, w którym co chwilę zmieniają się tylko tabliczki z nazwą miejscowości. Po lewej deptak, plaża i morze, po prawej ciąg niekończących się hoteli, restauracji, barów i sklepów, w których nie brak kiczowatych pamiątek. Taka jazda niesamowicie męczy, z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej chcę znaleźć się już za Barceloną. To stolica Katalonii, która z jednej strony zachwyca, a z drugiej mocno irytuje. Zachwyca wieloma wspaniałymi miejscami, budowlami, irytuje zaś idiotycznym – w moim mniemaniu – systemem sygnalizacji świetlnej. Początkowo grzecznie zatrzymuję się na czerwonym świetle, ale widząc innych bez wahania wjeżdżających na kolejne skrzyżowania, podążam ich śladem.

Polskie spotkania pod Sagrada Familia

W pewnym momencie gdzieś pomiędzy kolejnymi zabudowaniami dostrzegam bazylikę Sagrada Familia, najważniejszy zabytek miasta, zaprojektowany przez Antoniego Gaudiego. Bez chwili wahania, odbijam w jej kierunku. Gdy robię pamiątkowe zdjęcie w oddali słyszę ojczysty język. Tomek wraz z swoją dziewczyną przyjechał na mecz FC Barcelony, któa następnego wieczoru mierzyła się z Betisem w 2. kolejce La Ligi. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że jego brat – Kuba kilka lat temu przejechał rowerem z Polski do Santiago de Compostela. Zrobiliśmy wspólne zdjęcia i ruszyłem w dalszą podróż.

Po wyjeździe z Barcelony nadmorski krajobraz robi się bardziej przyjemny. Betonowe domy zastępują naturalne pagórki, a kolejne miejscowości wyglądają coraz bardziej uroczo. I nawet panujący upał mi nie przeszkadza. Przynajmniej tak mi się wydawało. Tego dnia docieram do L’Ampolli, bardzo malowniczej miejscowości urzekającej mnie od samego wjazdu. Ceny na campingach są już niższe niż na Costa Brava, ale wciąż zaporowe, za to na najpopularniejszym serwisie rezerwacyjnym dostaję ofertę nie do odrzucenia. Czterogwiazdowy hotel z śniadaniem za niewiele ponad 50 euro. Dzień kończę na balkonie spoglądając na zachodzące słońce i popijając lokalne (i dość mocne) wino.

Dość późne śniadanie sprawiło, że o poranku skusiłem się na spacer wzdłuż wybrzeża. Po obfitym posiłku ruszyłem dalej na południe. Ale coś mi nie pasowało. – Nie ma wiatru? – zastanawiałem się. Do tej pory dzień w dzień, mocniej lub słabiej wiał mi w twarz, aż w końcu doczekałem się dnia, gdy stał się on moim sojusznikiem. Postanowiłem wykorzystać ten fakt i pociągnąć nieco mocniej. Z prawej i lewej strony towarzyszyły mi wspaniałe widoki z kolejnymi zamkami warownymi ulokowanymi na licznych pagórkach. Po południu dotarłem do Walencji, która zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Nie przytłaczała, jak wiele mniejszych mijanych wcześniej miejscowości. Przemierzając kolejne ulice dotarłem do Ciudad de las Artes y las Ciencias, zwanego też miastem przyszłości. To olbrzymi kompleks futurystycznych obiektów, w których znajdują się muzea, oceanarium (największe w Europie), czy kino. Wiem, że bez problemu tego dnia dotrę do Cullery. Stamtąd właśnie mieli wyruszyć na 4. etap Vuelta a Espana zawodowi kolarze, w tym pięciu Polaków. Czterdzieści kilka kilometrów pokonuję w niecałe dwie godziny. Im bliżej miejscowości, tym bardziej zastanawiałem się czy na pewno jadę dobrze.

Nie licząc setek mijanych kolarzy, nie dostrzegłem żadnego elementu wskazującego, że przejeżdżać będzie tędy trzeci największy wyścig kolarski świata. Nic, dosłownie nic. Żadnego bilboardu, baneru, czy głupiego plakatu. W porównaniu do Tour de France, gdzie na każdym kroku było widać ślady wyścigu było to dość dziwne. Nawet w samej Cullerze musiałem poświęcić dłuższą chwilę, by odnaleźć budowany już start etapu. Na szczęście przed wyjazdem ściągnąłem elektroniczną wersję książki wyścigu, więc wiedziałem że muszę kierować się w kierunku wybrzeża.

Prognozy groźnych burz i ulewnych deszczy, jakie w nocy i przed południem miały nawiedzić te tereny, znów zmuszają mnie do stacjonarnego noclegu. Docieram do nadmorskiej części miejscowości, a niewiele później po zakwaterowaniu za oknem dostrzegam pierwsze błyskawice. Dzwonię do Sławka Błaszczaka, dyrektora CCC Team z którym mieliśmy się spotkać na Vuelcie. Niestety, był on w Hiszpanii tylko przez pierwsze trzy dni wyścigu, ale wiedziałem że kolejnego dnia będę przy autokarze polskiej ekipy mile widziany.

Vuelta a Espana

Już kilka miesięcy przed wyruszeniem w trasę wiedziałem, że będę chciał na żywo zobaczyć jeden z największych i najważniejszych wyścigów kolarskich świata. Ułożyłem trasę tak, by przejeżdżać przez, albo w pobliżu miejscowości goszczących etapy od pierwszego do piątego tegorocznej Vuelta a Espana. Nie wiedziałem jednak, że wcześniej będzie mi dane obejrzeć Tour de France. I to chyba sprawiło, że miałem wobec hiszpańskiej trzytygodniówki spore oczekiwania.

Cullera, która była gospodarzem 4. etapu to typowa miejscowość turystyczna nad Morzem Śródziemnym jakich na iberyjskim wschodnim wybrzeżu wiele. Ale oprócz szeregu hoteli i apartamentowców znajduje się tutaj urokliwe centrum z zamkiem na górze Muntanya de les Raboses, zwanej Złotą Górą. Mogłem chwilę pospacerować o jej podnóża po kolejnych wąskich uliczkach, gdy czekałem na przyjazd ekip i rozpoczęcie etapu. Wszystko dlatego, że przestało padać. Prognozy pogody, którymi straszyły wszystkie serwisy meteorologiczne od trzech dni nagle się zmieniły. Ostatnia burza przeszła kilka minut po 8:00 rano, przynosząc rześkie powietrze, którego we wcześniejszych dniach zdecydowanie brakowało.

Godziny poranne w niemal każdym hiszpańskim miasteczku wyglądają podobnie. Do godziny 10-11 na ulicach można spotkać tylko pojedyncze osoby. Nieco większy ruch jest w restauracjach serwujących śniadania z lokalną kuchnią. Gęściej robi się koło południa, ale tylko na chwilę, bo od 14:00 w większości miejsc rozpoczyna się sjesta. Tak naprawdę życie zaczyna się dopiero po 17:00, gdy słońce nie jest już tak intensywne, a temperatura robi się znośniejsza.

Tego dnia było nieco inaczej. W zasadzie z minuty na minutę w pobliżu wybrzeża i miejsca startu etapu gęstniał tłum, w większości turystów, którzy zapewne gdyby pogoda była przyjaźniejsza – wybraliby plażę. Ale tego dnia temperatura nie przekraczała 20 stopni, a chłodny wiatr ani trochę nie zachęcał do spędzania czasu nad wodą. Mijam nie tylko Hiszpanów, ale w zasadzie reprezentantów każdej narodowości Europy, w tym sporo Polaków. Co chwilę jestem zaczepiany przez kolejne osoby chcące wiedzieć skąd jadę i gdzie zmierzam. Na rozmowach się nie kończy, a tego dnia wielokrotnie wraz z Ryśkiem pozujemy do zdjęć.

Po 11:00 w końcu zaczynają się zjeżdżać ci najważniejsi aktorzy dnia. Pierwszą ekipą, która zameldowała się na parkingu był Burgos BH. Większość zgromadzonych oczekiwała jednak innego hiszpańskiego zespołu – Movistaru – z mistrzem świata, „staruszkiem” Alejandro Valverde w składzie. Ich autokar otoczyła rzesza fanów chcących zdobyć autograf, albo przynajmniej zrobić zdjęcie. Spory tłum ustawił się przy pojazdach Bora Hansgrohe i Ineos Team, mimo że w składach niemieckiej i angielskiej drużyny nie było na ten wyścig żadnego przyciągającego nazwiska.

Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie

Charakterystyczny pomarańczowy autokar polskiej drużyny CCC Team dotarł jako jeden z ostatnich, co też sprawiło, że uwaga kibiców skupiła się na kim innym. Witam się z dietetykiem, Adamem Plucińskim który jest jedynym członkiem zespołu na Vuelcie, którego poznałem w czasie Tour de France. Dłuższą chwilę rozmawiam z nim i polskimi masażystami, a także dyrektorem sportowym Gabrielem Missaglia. Adam Sikora, rzecznik prasowy drużyny, stara się w tym czasie „upolować” do zdjęć zawodników, którzy przygotowują się do startu. Zamieniam kilka zdań z Patrickiem Bevinem, który musiał opuścić Tour de France przed moim przyjazdem do Pau. Z Szymonem Sajnokiem rozmawiamy o hiszpańskiej pogodzie i orzeźwiającym chłodzie, którego w końcu tego przedpołudnia można było doświadczyć.

Ekipie CCC Team dziękuję za miłe przyjęcie i podążam w poszukiwaniu pozostałych Polaków startujących na Vuelcie. Autokary Lotto Soudal i Bora Hansgrohe stoją obok siebie, co zdecydowanie ułatwia sprawę. Dostrzegam wyjeżdżającego na podpisanie listy Tomka Marczyńskiego, który widząc logo „Ridley” na mojej koszulce i Białego Orła przystaje zaintrygowany, pytając o cel podróży. Gdy wymieniam nazwę Sierra Nevada na jego ustach pojawia się szeroki uśmiech, nie rozmawiamy długo, bo czasu do startu jest coraz mniej. Rafał Majka i Paweł Poljański wychodzą z autokaru kilka minut przed końcem czasu przewidzianego do podpisania listy startowej i udaje mi się z nimi jedynie strzelić szybką fotkę.

Powoli zmierzam w jakieś fajne miejsce z którego będę obserwować start etapu, gdy dostrzegam wsiadającego do samochodu serwisowego Sylwestra Szmyda. Od tego sezonu jest dyrektorem sportowym w Bora Hansgrohe, a także najważniejszą osobą dla Petera Sagana. Wymieniamy swoje wrażenia, rozmawiamy nie tylko o Vuelcie, ale również choćby o Mont Ventoux na którym Sylwester swego czasu wygrywał. Żegnając się, przekazuje mi ważną radę: – Uważaj na siebie, to jest Hiszpania. Piękna i nieprzewidywalna. O co mu chodzi zrozumiałem już następnego dnia…

Gdy kolarze wyruszyli na trasę etapu i ja pożegnałem Cullerę podążając dalej na południe. Po kilkudziesięciu kilometrach docieram do najważniejszej kolarskiej destynacji, Calpe. To tutaj właśnie rzesze zawodowców i amatorów spędzają pierwsze miesiące każdego roku, szlifując formę przed sezonem. I trzeba przyznać, że otaczające Calpe tereny są niesamowite. Krajobrazy z każdej strony wprawiają w zachwyt sprawiając, że aż chce się tam jeździć. Nie przejechałem żadnego „poważniejszego” podjazdu, ale wiem że trzeba będzie tam wrócić i to nadrobić.

Zdjęcie

Docierając do Benidormu z gór zaczyna schodzić piętrząca się już dłuższą chwilę burza. Wyglądające dość niegroźnie chmury, szybko zmieniają swoje oblicze zmuszając do depnięcia mocniej w pedały. Udaje mi się uniknąć większych opadów, ale coraz ciemniejszy horyzont podpowiada, że rozsądnie byłoby znaleźć już jakiś nocleg. Zatrzymuję się w Villajoyosa, w kameralnym apartamencie, którego właściciel – Rosjanin – posługuje się poprawną polszczyzną. Jak się chwilę później okazało, jego żona jest Polką, a większość pokoi wynajmują rodacy. Miło było być tak daleko od domu „wśród swoich”.

To nie była spokojna noc. Kolejna z rzędu zresztą. Sen przerywały kolejne fale dreszczy na ciele pojawiające się na przemian z intensywnym poceniem. Łykam dwie tabletki paracetamolu sądząc, że to przeziębienie próbuje mnie rozłożyć. Te objawy były jednak bardzo nieadekwatne dla zwykłej infekcji.

Brak snu zdeterminował wcześniejsze rozpoczęcie dnia. Już kilkanaście minut po 6:00 siedziałem na rowerze, mimo że na ulicach Villajoyosy wciąż była ciemna noc. Chciałem nieco oszukać pogodę, a w dużej mierze też siebie i zrobić jak najwięcej kilometrów przed najbardziej intensywną słonecznie częścią dnia. Po raz kolejny los udowodnił mi, że planowanie – nawet tak krótkoterminowe – w czasie takiej wyprawy nie ma sensu. Na przedmieściach Alicante przy mijaniu kolejnego z wielu tutaj rond łapię gumę. No nic, zdarza się – myślę sobie – przecież mam jeszcze jeden zapas.

Przynajmniej tak mi się wydawało, że go mam. Po chwili okazało się, że przez dwa tygodnie woziłem ze sobą dętkę 26″, a nie 27,5″! Ale głupi jesteś! Było kilka minut po 7:00 rano, a najbliższe sklepy rowerowe otwierały się dopiero o 10:00. Chciałem trochę oszczędzić czasu i dotrzeć na drugą część miasta do marketu sportowego z biało-niebieskim logo, które było czynne godzinę wcześniej. Lecz nie spodziewałem się, że zostanę wyproszony z autobusu komunikacji miejskiej… Sorry, this is policy of our company – usłyszałem od kierowcy. Bezradny i zrezygnowany usiadłem na pobliskim przystanku, bez chęci do działania.

Po dłuższej chwili ruszyłem z pomocą map Google do najbliższego sklepu, który był oddalony bagatela o 3 km. Z uniesioną ramą nie chcąc niszczyć opony przemierzałem kolejne uliczki, by po kilkudziesięciu minutach znaleźć witrynę sklepu rowerowego. Było kilka minut po 9:00. Dopiero po dłuższej chwili zobaczyłem za szybą kartkę z napisem: La tienda está cerrada esta mañana. Te invitamos por la tarde, oznajmiającą że tego dnia sklep będzie czynny dopiero po popołudniowej przerwie. No świetnie. Otwieram znów mapy Google, poszukując kolejnego miejsca z rowerowymi częściami. 1,5 km dalej.

Nie mam wyjścia, rower pod pachę i idziemy. Na szczęście malutki serwis był czynny i co najważniejsze miał to czego potrzebowałem – dętki 27,5″. Wymieniłem, napompowałem, jeszcze chwilę porozmawiałem z właścicielem i ruszyłem w końcu w dalszą podróż. Była 11:00. Przejazd przez miasto też trochę trwał i jedną z najpopularniejszych destynacji hiszpańskiego wybrzeża wśród polskich turystów opuszczam kilka minut przed południem. Powietrze już jest nieznośne, a temperatura dawno temu przekroczyła 30 stopni Celcjusza.

Po kilkunastu kilometrach jazdy czuję, że mój organizm potrzebuje przerwy i uzupełnienia energii. W Elche zatrzymuję się w pierwszym napotkanym markecie. Doładowuję się kaloriami, obficie nawadniam i kilkadziesiąt minut później ruszam dalej. Na cyfrowym termometrze dostrzegam absurdalną wartość 44 stopni Celcjusza w cieniu. Nogi nie kręcą się tak jak powinny, czuję dziwny opór i niezrozumiałe osłabienie.

W pewnym momencie ląduję w rowie. Nie wiem, czy była to utrata świadomości, czy tylko chwilowe omdlenie. Bynajmniej nie potrafię w pamięci odtworzyć samego momentu upadku. Dłuższą chwilę nie potrafię się pozbierać. Mam nogi z waty, całe ciało trzęsie się, a ja próbuję zrozumieć co się wydarzyło. Wiem, że nocne dreszcze i poty nie były przypadkowe. To były sygnały stopniowego przegrzewania organizmu, którego kulminacja nastąpiła przed chwilą.

W oddali, kilkaset metrów dalej dostrzegam duży dom dający trochę cienia. Dojeżdżam tam, by ochłonąć i zastanowić się nad tym, co zrobić. W pierwszej chwili moje myśli podążają w kierunku jazdy nocą. Po racjonalnej ocenie swojego stanu fizyczno-psychicznego dochodzę do wniosku, że nie będzie to rozsądne rozwiązanie. Analiza kolejnych prognoz pogody, które zapowiadały jeszcze cięższe warunki przez najbliższe 72 godziny przybliżały mnie do podjęcia trudnej, ale chyba najbardziej rozsądnej decyzji.

Od Murcji dzieliło mnie kilkanaście kilometrów. Sprawdziłem możliwość komunikacji z Granadą. Najbliższy autobus odjeżdżał przed 19:00. Zdecydowałem, że odpuszczam. Rozsądek podpowiadał mi, że 285 kilometrów śladu jakie mi pozostało do zrobienia może się okazać zbyt trudnym wyzwaniem, w szczególności że czekało mnie ponad 7 000 metrów przewyższenia. Z drugiej strony nie chciałem rezygnować z celu, który był już tak blisko. Przez 14 dni zrobiłem ponad 2 800 kilometrów, wypełniając wcześniejsze swoje zamierzenia. Postanowiłem, że odcinek do Granady przejadę autokarem. Zakupiłem specjalną składaną torbę na rower, spakowałem go i wsiadłem do wygodnego autokaru, by po trzech godzinach znaleźć się u podnóża Pico de Veleta.

Już wcześniej zabukowałem hotel tuż przy dworcu, by późnym wieczorem nie tracić energii i czasu na poszukiwanie noclegu w tym sporym mieście. Jeszcze przed pójściem spać złożyłem go ponownie, by rano tylko zamontować torby i ruszyć ku najwyżej położonej drodze w Europie.

Atak na szczyt

Ta noc była jeszcze krótsza, niż wcześniejsze. Późny przyjazd do Granady, a następnie rozpakowywanie i składanie roweru sprawiły, że położyłem się spać grubo po północy. Buzujące endorfiny obudziły mnie kilka godzin później. To był najważniejszy dzień całej wyprawy. Kilka godzin później miałem zdobyć Pico de Veleta, trzeci szczyt Sierra Nevada do którego prowadzi najwyżej położona droga w Europie.

Zmiana planów zdeterminowała również zmianę trasy. Pierwotnie zamierzałem wjeżdżać od strony Pinos Genil, ale wcześniejsze pojawienie się w Granadzie zmusiło mnie do odwrócenia przygotowanego śladu. Rozpoczynałem od strony Monachil, miejscowości która dwa lata temu gościła Vuelta a Espana, co zresztą było widoczne na asfalcie. Co chwilę pojawiały się nazwiska Nibali, Contador, czy Kruijswijk, ale najwięcej grafik wspierało Tomka Marczyńskiego.

Wersja podjazdu – którą wybrałem zupełnie nieświadomie – jest prawdopodobnie najtrudniejszym wariantem z wszystkich możliwych. Do wspomnianego Mortil prowadzi niespecjalnie przyjemny podjazd przekraczający 10%, choć otoczenie domów i apartamentów wokół nieco to fałszuje. Prawdziwe wyzwanie czeka jednak kilka kilometrów dalej. Po minięciu wszystkich zabudowań i najwyżej położonego campingu w Hiszpanii, droga nieco opada, rower się rozpędza, by za łukiem stanąć niemal w miejscu.

Ściana płaczu – tak ten fragment określono w jednej z relacji z Vuelty i faktycznie potrafiła wycisnąć łzy z oczu. Wahoo pokazał 20% nachylenia, oficjalne grafiki wskazują nawet 22%. Ładnie się zaczyna – myślę sobie, wszak był to raptem 11. kilometr podjazdu. Kilka kolejnych kilometrów było nie mniej ciężkich, a sytuacja zmieniła się dopiero, gdy wjechałem na główną drogę A-395. Tam wznios ustabilizował się na poziomie akceptowalnych 4-5%, a coraz częściej zza gęstwin lasu dało się dostrzec majaczący szczyt Velety.

Sama nazwa góry oznacza „wiatrowskaz” i tego dnia to znaczenie wydaje się być trafne. Chmury gromadzące się złowieszczo wokół wierzchołka zaprzeczają słońcu, jakie rozgrzewa moje już mocno spocone ciało. Obawiając się powtórki z Mont Ventoux zatrzymuję się na chwilę, sprawdzając kolejne witryny z prognozami pogody. Żadne nie wskazują na możliwość pojawienia się nieprzewidzianych zjawisk. Jadę pełen nadziei, że tego dnia nie zostanę niczym zaskoczony. Docieram do opustoszałej miejscowości Pradollano. Ta cisza i spokój jest dość przytłaczająca. Wśród kilkudziesięciu osób, jakie mijam ponad połowa to kolarze szosowi i amatorzy większych wrażeń na rowerach enduro.

Typowych turystów jest ledwie garstka. Miejsce to ożywa zimą, będąc największym ośrodkiem narciarskim w okolicy. W jedynym czynnym sklepie uzupełniam bidony wodą, a energię czekoladą, która wydaje się najtrafniejszym wyborem z dość ubogiej oferty tego malutkiego marketu. Przede mną druga, zdecydowanie bardziej wymagająca część podjazdu. Mimo, że w nogach mam już 28 kilometrów, to prawdziwa wspinaczka dopiero przede mną.

Nie dość, że nachylenie będzie konsekwentnie oscylować w okolicach 10%, to przeszkodą będzie jeszcze wiatr odbijający się od skalistych zboczy spalonych hiszpańskim słońcem. Mam wrażenie, że będąc coraz wyżej doświadczam przebywania w niesamowitym miejscu. To dziwne połączenie Dzikiego Zachodu znanego z niedzielnych westernów z powierzchnią Marsa prezentowaną na zdjęciach łazika NASA. Widok ten pobudza wyobraźnię tworząc wyjątkowo spektakularny krajobraz.

Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie

Jest on dodatkowo potęgowany gęstniejącymi chmurami. To właśnie w tym jasnym, ale zachmurzonym otoczeniu sceneria robi się naprawdę obłędna. Wydaje się, że grzbiety górskie nabierają nowej głębi pod lekką chmurką. Gdy teren staje się bardziej nierówny, nachylenie konsekwentnie trzymające 10% zaczyna zbierać żniwo. Płynny rytm, z jakim starałem się do tej pory wjeżdżać, zamienia się w kolarskie staccato. Każde sto metrów wzniesienia zmienia moje uczucie wysiłku w uczucie wyczerpania.

Coraz większe wyrwy w asfalcie uzupełnianie niechlujnie rozrzuconymi kawałkami mieszanki żwiru i czegoś w rodzaju gruzu nakazują umysłowi wykrzesać maksimum skupienia. Z każdym kolejnym pociągnięciem korbą wjazd staje się coraz bardziej surrealistyczny. Szczyt mam już na wyciągnięcie dłoni, wydaje się być bardzo blisko, choć to bardzo złudne uczucie. Wahoo brutalnie pokazuje, że przede mną wciąż jeszcze kilka agrafek do pokonania i ponad 200 metrów w pionie. Kolejne metry ciągną się w nieskończoność, a ja bardziej wspinam się siłą woli niż mięśni.

Zacząłem ignorować fenomenalne widoki, jakie rozpościerają się na południową Hiszpanię koncentrując swoją uwagę na decydującym fragmencie podjazdu. Duże, gładkie kamienie rzucały rowerem raz w prawą, raz w lewą stronę. Do szczytu docieram kilka minut przed 16:00, po ponad siedmiu godzinach wspinaczki. Udało się! Poczucie ulgi mieszało się z szaloną radością, choć mój stan fizyczny ani trochę tego nie oddawał. Powiedzieć, że zmęczył mnie ten podjazd, to nic nie powiedzieć.

Zdjęcie Zdjęcie

Usiadłem na skalistym zboczu, zza którego wyłoniła się kozica wyraźnie skonfudowana moją obecnością. Przez ostatnią godzinę nie minąłem już nikogo, będąc jednym z ostatnich śmiertelników tego dnia na wierzchołku.

Po dłuższej chwili mój umysł zaczął rejestrować widziane wokół obrazy. Towarzyszyło mi uczucie obcości, bycia w miejscu tajemniczo pustym i oderwanym od typowych ziemskich realiów. Wszystkie dotychczasowe momenty, gdy w trakcie tej wyprawy stwierdzałem „ale jest pięknie” nie były w stanie równać się z widokiem otaczającym Pico de Veletę. Widokiem paraliżującym ciało, a jednocześnie pozwalającym zachwycać się tym, co było wokół. Zimny wiatr z każdą kolejną sekundą uświadamiał mi, że w tej hipnozie nie mogę trwać wiecznie. Założyłem kamizelkę i zacząłem mozolny zjazd w dół.

Dopiero teraz przyglądam się bliżej bramie w kształcie trójkąta z górskich kamieni, która zwieńczona jest figurą Matki Boskiej – la Virgen de las Nieves – patronki Sierra Nevada. Z jednej strony widać wierzchołek Velety, z drugiej zaś opuszczone obserwatorium astronomiczne. Za przekroczeniem zamkniętego już o tej porze szlabanu w końcu mogę puścić klamki hamulcowe i rozpędzić się. Mimo, że wciąż przebywam na wysokości ponad 2000 m n.p.m. jest już bardzo ciepło. Co chwilę mijają mnie oklejone i osłonięte specjalnymi plandekami samochody. Droga w kierunku Pradollano jest jednym z najpopularniejszych odcinków testowych dla producentów samochodów.

Do Granady wjeżdżam chwilę po zakończeniu popołudniowej fiesty, co sprawia że ulice są względnie puste. Od razu kieruję się na stację kolejową, by zakupić bilety na powrót do domu. W biurze obsługi, gdy powiedziałem że jestem „trabajador ferroviario de Polonia” od razu zobaczyłem uśmiechy na twarzy, które zapewniły mi bez dodatkowych dopłat miejsca w I klasie jednych z najszybszych pociągów w Europie – AVE. Mimo życzliwości i chęci pomocy Francisca i Rodrigo nie byli w stanie zrealizować moich życzeń w pełni.

Pierwotny plan zakładający powrót pociągami musiałem zmienić, gdy dowiedziałem się, że z Barcelony do Paryża w jednym z sześciu ruszających dziennie składów TGV wolne miejsca są dopiero za trzy dni. Do stolicy Katalonii dotarłem przez Madryt, a następnie przesiadłem się do regionalnego składu, który dowiózł mnie do Girony. Kilka godzin wcześniej zabukowany bilet na samolot był nieludzko drogi, ale pozwalający za kilkanaście godzin położyć się w swoim łóżku we Wrocławiu.

2 913 kilometrów w poziomie, 24 kilometry w pionie, 15 dni, 140 godzin spędzonych na siodełku. Wiatr, deszcz, grad, zimno, a następnie nieznośny hiszpański upał. To nie było łatwe wyzwanie i takie miało być. Znów dowiedziałem się o sobie bardzo wiele, nabrałem jeszcze większej pokory do natury i nabrałem chęci na więcej.

← Powrót do listy wpisów